Czym chata bogata

Czym chata bogata

Początek sierpnia. Wracają wspomnienia z pielgrzymkowych szlaków, jeszcze te dawne, z Polski, sprzed wielu lat i te niedawne, z trasy Chicago-Merrillville. Są to wszystko wspomnienia bardzo żywe, gdyż za nimi kryje się jakaś szczególna przygoda, której w życiu mogłem doświadczać. To zawsze był czas spotkań. W triadzie, której nie sposób zmienić: z Bogiem, drugim człowiekiem i samym sobą. Spotkanie z sacrum, do którego prowadziło spotkanie z drugim, a wcześniej musiało się rozpocząć od samego siebie, od dotknięcia swojej ograniczoności i słabości, a zarazem jakiejś wyjątkowości w świecie stworzonym przez Boga.

Różnych ludzi spotykałem na pielgrzymkach. Dzisiaj chciałbym wrócić do tych, którzy pielgrzymów przyjmowali i którzy dzielili się tym, co posiadają. Ich bezinteresowność i hojność były czymś, co mnie zawsze wzruszało i zawstydzało. To ważna lekcja, z której nie tylko warto, ile trzeba korzystać. Bo kiedy ludzie otwierają dla idących pielgrzymów, zupełnie przecież przypadkowych i często pierwszy raz w życiu spotykanych osób, swoje domy, przygotowując miejsca na nocleg, grzejąc wodę do kąpieli, oferując posiłek, to jest to naprawdę wspaniała postawa. Różnie bywało. Czasami noce na sianie, w stodołach. To też była przygoda. Najważniejsze było i jest to, kiedy ludzie ci żyją w myśl porzekadła „Czym chata bogata, tym rada!” oraz „Gość w dom, Bóg w dom!”. Albo ci ludzie, którzy słysząc, że nadchodzi pielgrzymka, wynosili przed domy wodę do picia, herbatę, piekli bułki i ciasta drożdżowe, w koszach znosili świeżo zerwane owoce. Tym, czym mogli się podzielić, tym się dzielili. Przede wszystkim we wioskach. Tak na przykład, jako człowiek ze Śląska, poznałem gościnność ludzi z Mazowsza. Do dziś, kiedy  przejeżdżam przez tamte okolice, stają mi przed oczami gościnne zagrody i parafie, gdyż ludzie często przygotowywali prawdziwe uczty przy kościołach. A na trasie z Chicago, nawet takie proste użyczenie zimnej wody, żeby się nią skropić, kiedy żar lał się z nieba. Jakże nie wspomnieć bezinteresowności rodziny Sieczków i „kiełbaskowego” postoju na pielgrzymce, kiedy każdy mógł coś zjeść i nikomu nie brakowało!

Wspomnienia te rodzą we mnie dwa pytania, którymi chcę się podzielić. Po pierwsze, czy jest we mnie wdzięczność? Piękna postawa, której początkiem jest zwyczajne, proste słowo „Dziękuję”. Nie tylko jednak słowo. Ono powinno pociągać za sobą coś więcej, postawę życzliwej pamięci i wdzięczności, która będzie trwała. Jest takie zdanie, które dawno już widziałem na kartce, którą można komuś ofiarować w podziękowaniu: „Wdzięczność jest pamięcią serca”. Zastanawiam się, czy te słowa i postawa nie zdewaluowały się w dzisiejszych czasach? Wydaje się, że wielu ludzi żyje bardziej postawą roszczeniową, według której wszystko im się należy. Także wszechobecny konsumpcjonizm i sprowadzenie wszystkiego do pieniędzy sprowadzają wszystko do postawy, że należy się i koniec. Czas zimnych transakcji. Słowo „proszę” nie przejdzie wielu ludziom przez gardło. Podobnie jest z „dziękuję” i „przepraszam”. Taki styl, niestety. Po drugie, czy z wdzięczności rodzi się we mnie potrzeba naśladowania takich postaw, a więc bycie i stawanie się hojnym i bezinteresownym? Czy też egoizm i samolubstwo wzięły górę nad wszystkim? Warto odkryć radość dzielenia się tym, co posiadam, także sobą i swoim czasem, zdolnościami i talentami. Wszystko kiedyś wróci, prędzej czy później, trzeba tylko wiary w to, że tak to właśnie działa.

W moim życiu mam to szczęście spotykać prawie zawsze ludzi dobrych. Nie muszę nawet komunikować jakiejś potrzeby, oni mają taki zmysł, który im mówi o tym, że ktoś jest w potrzebie. Różne historie życia mają ci ludzie. Nierzadko wyszli z wielkiej biedy, która nauczyła ich dzielić się „kawałkiem czekolady”. Nauczyli się, że zanim pomyślę o zaspokojeniu swojej potrzeby, chcę podzielić się z drugim. Niektórzy nadal są niezamożni. I to nie przeszkadza im się dzielić i być bezinteresownymi, czyli nie oczekiwać niczego w zamian. Są tacy, którym się w życiu poszczęściło, doszli do sporego majątku i dzielą się nim z innymi. Po prostu mają duże i wyrozumiałe serca. Nie wyobrażają sobie, że mogliby postąpić inaczej. I nie zawsze chodzi o to, by dzielić się pieniędzmi, dając na ofiarę zbieraną na jakiś cel. Czasem będzie to garnek ugotowanej zupy czy innego jedzenia, kubek wody, jakiś ciuch, w którym nie chodzą i niepotrzebnie zabiera miejsce w szafie. Czy też wspomniane pielgrzymkowe kiełbaski, woda, owoce. Można by wymieniać w nieskończoność.

Wiele jest okazji do dzielenia się dobrem. Ważne, by zawsze uczyć się wzajemności, to znaczy, otrzymuję, umiem przyjmować, i daję, umiem się dzielić. Nie tylko umiem, ale chcę umieć i to praktykować. W takich dobrych ludziach jest pokój, radość, szczęście i wolność. Widzę ich serdeczne, roześmiane oczy i szczere, dobre słowa. Tego wszystkiego można się wciąż uczyć i nauczyć. Wystarczy tylko chcieć. Pielgrzymka jest dobrą okazją, by zacząć praktykować taką właśnie bezinteresowną dobroć, która poszerza serce. To wszystko tak naprawdę nic nie kosztuje. A daje w zamian bardzo wiele!

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Od lipca 2018 r. wikariusz w parafii św. Jana Pawła II w Bayonne, w New Jersey.

 

fot.Artur Partyka

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*