Człowiek na liście priorytetów

Człowiek na liście priorytetów

Sierpniowe uroczystości za nami. Religijne, patriotyczne, polonijne, bardzo dostojne i głębokie treściowo. Tysiące ludzkich twarzy przesunęło się przed moimi oczami. Nie sposób wszystkie zapamiętać. Są jednak takie wyjątkowe, szczególne, które choć tylko w jednym mgnieniu, zapisują się w pamięci. Są to twarze, na których wypisane jest doświadczenie i emocje. Twarze ludzi młodych i starych, niewinne oczy dzieci, chętnie „przybijających piątkę”, czy „żółwika”. Ludzie piękni, zdolni do poświęceń, trudu, przyzwyczajeni do niewygód i życia na emigracji. Inni bardziej beztroscy, tacy, co to się im zawsze udaje, mniej angażujący się, jakby nie wszystko rozumieli tak, jakim jest w rzeczywistości. Są tacy, którzy wojowniczo nastawieni do wszystkiego, ciągle o coś tam walczą. O wolność, demokrację, zwycięstwo. Są też malkontenci, zawsze pełni narzekania i smutku. Spotykam też optymistów, takich czasem aż niepoprawnych, od których uczę się prostych odpowiedzi na pytanie typu: „Jak się masz?”, „Czy wszystko u Ciebie dobrze?”. Odpowiadają: „niestety, dobrze”, kwitując szerokim uśmiechem. Oczywiście bywa, że w ten sposób doprowadzają do pasji swojego rozmówcę. Jednak problem nie leży w tym, że starają się patrzeć na wszystko pozytywnie, ale w tym, że ten drugi nie potrafi, albo nie chce widzieć dobra, a szuka we wszystkim zła i „dziury w całym”. Spotykam też ludzi szczerych do bólu i bardzo takich lubię. Boję się ludzi zakłamanych i nieszczerych, hermetycznie zamkniętych w swoim świecie.

Bogactwo tych spotkań z ludźmi, którzy z różnych powodów, czasem będąc po prostu zmęczonymi pielgrzymkowym wędrowaniem i wieloma innymi sprawami, na chwilkę, na kilka sekund zdejmują maskę, którą zakrywają swoją prawdziwą twarz. To jest bezcenne, to jest jak dobry uniwersytet, który uczy kim jest i jaki jest naprawdę człowiek. Mam głowę pełną różnych myśli. Kilka dni temu, jak grom z jasnego nieba, dotarła wiadomość, że Tomek, trzydziestopięcioletni ksiądz chrystusowiec, po wylewie leży nieprzytomny w szpitalu w Jordanii. W czasie tak oczekiwanej pielgrzymki życia do Ziemi Świętej, złamało go. Wszyscy modlimy się o cud uzdrowienia Tomka. Jesteśmy z tych samych stron. Tomek pochodzi z sąsiedniej parafii, tuż za Wisłą. Poznaliśmy się, kiedy przyjechał do pracy w Lombard. Człowiek-optymista, zawsze uśmiechnięty i pogodny. Dlatego tak bardzo lubiany przez ludzi. Dwa tygodnie temu napisał do mnie krótko: „Właśnie wysłuchałem i zobaczyłem kazanie bpa Zawitkowskiego na zakończenie pielgrzymki. Coś niesamowitego! Popłakałem się jak dziecko! Gratuluję zaproszenia biskupa. Choć szedłem ze swoją kanadyjską pielgrzymką, to jednak pamiętałem o Was! Pozdrawiam”. Głupio mi i źle, bo w ferworze zajęć nie zdążyłem odpisać. Już kiedyś tak miałem, kiedy mój przyjaciel zadzwonił, miałem oddzwonić, a za kilka dni niespodziewanie odszedł na zawsze. Nie zdążyłem.

Przeczytałem wczoraj artykuł, którego autorka – Joanna Wilgucka-Drymajło pisze: „Nie wysyłamy listów – bo po co? Przecież jest telefon, Internet… szkoda czasu i sił na pisanie, stanie na poczcie. Życzenia świątecznie idą hurtem do całej grupy numerów – jeden SMS i z głowy. Obowiązek zaliczony. Żyjemy obok siebie, ale między nami jest wielka przepaść. Dlaczego? Bo wartościowe relacje międzyludzkie wymagają czasu, wysiłku i pracy nad sobą… po co spotykać się ze znajomymi? – wiemy co u nich, bo wczoraj przeglądaliśmy Facebooka. Zdarza się, że wymienimy z kimś parę zdań w przelocie – „Cu u ciebie? OK?” – „Oczywiście, wszystko OK”. I biegniemy dalej. Bo czas goni, obowiązki czekają. Zawsze do zrobienia jest coś ważnego i niekoniecznie drugi człowiek znajduje się w kategorii „ważne” na naszej liście priorytetów”.

Słowa, jakby wyjęte z tego, czym żyję nie tylko w ostatnich dniach, ale od lat. Pytanie o to, na którym miejscu listy moich priorytetów jest drugi człowiek? Czy potrafię być przyjacielem dla drugiego, czy tylko czekam, stojąc w miejscu, maskując swoją twarz lękiem? W niedzielę w Rzymie zostanie ogłoszona świętą Matka Teresa z Kalkuty. Kobieta, która mnie fascynuje od dawna. Ona zakochała się w Bogu, którego widziała obecnego w drugim człowieku. Najbiedniejszym, poranionym, zostawionym, osamotnionym. Nie pisała SMS-ów, ani postów na Facebooku. Działała konkretnie, nie patrząc na to, kim jest ten człowiek i jaki jest, do jakiej partii należy i ile grzechów ma na koncie. Dla niej to był Człowiek. Codziennie rano odprawiamy mszę w kaplicy sióstr ze Zgromadzenia Misjonarek Miłości w Gary. To siostry Matki Teresy. Na całym świecie wystrój kaplicy w ich domach jest ten sam: krzyż i napis: „Pragnę!”. Krzyk Jezusa, umierającego na krzyżu. Matka Teresa wiedziała o jaką miłość chodzi. O konkretną miłość wyrażającą się w bezinteresownym byciu dla drugiego. Dlaczego to zrozumiała? Bo widziała twarze ludzkie bez masek, takie, jakie są naprawdę. I w spojrzeniach ludzi wyczuła głód miłości. To była jej droga do nieba.

ks. Łukasz Kleczka

fot.Piyal Adhikary/EPA

Categories: Kleczka
Tags: człowiek

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*