Bez wizy

Bez wizy

Stało się. Po dziesiątkach lat niespełnionych oczekiwań, Polacy dostali od Stanów Zjednoczonych prezent, w postaci zniesienia wiz wjazdowych. Akurat na 101. urodziny Niepodległej Polski. Wielu z nas przyjęło ten fakt z nieukrywaną i słuszną radością. Choć Ameryka Północna jest od zawsze bardzo gościnnym kontynentem, na którym miliony emigrantów z różnych stron świata znalazło swój drugi dom, to jednak nie zawsze łatwo było tutaj dotrzeć. Czas pokaże, jak zafunkcjonuje zniesienie wiz w praktyce. Na pewno będzie zdecydowanie prościej, aby móc odwiedzić bliskich i przyjaciół lub wakacyjnie zwiedzić Stany. Zawsze to mniej zachodu i niepewności, w załatwianiu wizy. Trzeba mieć nadzieję, że się sprawdzi. Patrząc na współczesne młode pokolenia Polaków, które niestety, wciąż jeszcze emigrują w poszukiwaniu dobrze płatnej pracy, wybierają oni raczej kraje bliższe Polsce, dokąd i skąd można się w miarę szybko i sprawnie przedostać. Wielu jest też takich, którzy nie mają zamiaru wyjeżdżać z kraju. I to jest bardzo radosna perspektywa. Pozostając w ojczystym domu, rozbudowują go i upiększają. A przecież o to chodzi i o to nasi ojcowie walczyli, „żeby Polska była Polską”, jak śpiewał Jan Pietrzak. Każda sytuacja jest jednak bardzo indywidualna i nie można jej w taki czy inny sposób uogólniać.

Jeszcze dwadzieścia lat temu nawet przez myśl mi nie przeszło, że będę kiedykolwiek żył i pracował poza Polską. Zupełnie niespodziewanie otrzymałem propozycję studiów we Włoszech, a po latach, skierowanie do posługi kapłańskiej w Stanach Zjednoczonych. Za każdym razem początki były trudne. Po przyjeździe do Włoch, kilka nocy spędziłem w kolejce, aby otrzymać dokument stałego pobytu. Dopiero kilka lat później, kiedy Polska stała się członkiem Unii Europejskiej i utworzono strefę Schengen, wszystko się zmieniło. Kiedy wylądowałem na lotnisku w Chicago, oficer imigracyjny nie chciał mnie wpuścić, podejrzewając, że coś ukrywam i nielegalnie pozostanę dłużej. Dzięki Bogu jego szef, Meksykanin, okazał się bardziej przychylny i życząc dobrego czasu, wpuścił mnie do Ameryki. Wszystko zmieniło się, kiedy otrzymałem stosowne dokumenty pobytu i pracy. Początki życia na emigracji, gdziekolwiek by to było, kojarzą mi się jednak jako dość trudne, a nawet nieco upokarzające. Wiem, że wielu podziela taką opinię. Z czasem zaczynam rozumieć obawy państw, które wprowadzają ograniczenia i restrykcje w przyjmowaniu ludzi. Czym innym są wakacje, w czasie których turyści zostawiają niemałe przecież sumy pieniędzy, a czym innym pozwolenie na pobyt stały. Każde państwo chce przecież zapewnić swoim obywatelom bezpieczeństwo i pokój.

W przypadku Polaków w Ameryce Północnej nie da się zakwestionować faktu, że nasi rodacy, jako imigranci, są jednymi z tych, którzy ten kraj tworzyli i budowali. Mając takie możliwości, by zagospodarować ogromne terytorium, stali u początków dzisiejszych metropolii, takich choćby jak Chicago. To tutaj przenieśli część Ojczyzny, którą nie tylko musieli opuścić, ale której to przez wiele lat nie było na oficjalnych mapach świata. Żyjąc i ofiarnie pracując na tym kontynencie, odnaleźli tutaj swój drugi dom, zapuścili korzenie, zakładając swoje rodziny i przyczynili się do osiągnięcia szczytów jego rozwoju. O tym nie tylko nie można zapomnieć, ale powinno się o tym mówić i być z tego faktu dumnym. Poznając wiele osób, dzisiejszych Amerykanów, słyszę, że z dumą podkreślają swoje polskie korzenie, w 100 proc. lub częściowo. Nie wstydzą się tego i chwała im za to!

My, Polacy, wnieśliśmy nie tylko naszą słowiańską kulturę, dołączając do tej przebogatej mozaiki kulturowej, jaka tworzy współczesne Stany Zjednoczone. Wraz z kulturą i naszymi tradycjami, wnieśliśmy także wiarę w Boga i przywiązanie do Kościoła rzymskokatolickiego. Kiedy ponad już osiem lat temu wylądowałem w Chicago, a kilka lat wcześniej, w czasie wakacji, w Bayonne, New Jersey, gdzie zupełnie niespodziewanie obecnie mieszkam i pracuję, miałem takie wrażenie w spotkaniach z Polakami, że ich wiara w Boga i katolickość w ogóle, były tak silne, jak w Polsce lat jeszcze osiemdziesiątych i początku lat dziewięćdziesiątych. To była wiara bardzo wyrazista i silna. Byłem naprawdę w szoku! Działało to na mnie bardzo pozytywnie! Dziś, zaledwie kilka lat później, obraz ten mocno się zmienił i wciąż zmienia, jak zresztą wszędzie, na niekorzyść niestety. I nie dlatego bynajmniej, że ludziom Kościoła odkryto ich ciemne karty i ujawniono grzechy i przestępstwa, ale dlatego, że wiara i kultura chrześcijańska we współczesnym świecie mocno zanikają. Czy ten obraz można poprawić? Zawsze tak! Niedawno pewien młody człowiek powiedział mi spontanicznie: „Wierzę w Boga i chodzę do kościoła. Bo to jest cool! (fajne, w porządku, spoko)”. Bardzo mnie tym stwierdzeniem pozytywnie zaskoczył, ucieszył i umotywował, że warto wciąż ludzi zapraszać do wiary i pokazywać Boga, bo są głodni poznania i relacji z Nim. Dlatego nie wstydzę się, że jestem Polakiem-katolikiem na emigracji. Nie wstydzę się Polski i Polaków, naszej historii i tradycji i wiary. Nie szukam nowości, a jedynie sposobów, jak bardziej móc dotrzeć i odnaleźć ludzi. Do Kościoła nigdy nie była potrzebna wiza! Tutaj się po prostu przychodzi i jest. I obyśmy się tu odnaleźli na zawsze!

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Od lipca 2018 r. wikariusz w parafii św. Jana Pawła II w Bayonne, w New Jersey.

fot.Depositphotos.com

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*