Bądź misjonarzem

Bądź misjonarzem

Będąc jeszcze dzieckiem, w kaplicy, do której chodziłem z rodzicami na niedzielną mszę św., pojawiali się czasami misjonarze, tacy z krwi i kości. Pracowali w krajach Afryki. Już samo słowo „Afryka” budziło we mnie emocje, gdyż tchnęło egzotyką. W tamtych czasach wyjazd do Warszawy był wielkim wydarzeniem, a co dopiero zagranicę albo na inny kontynent! Misjonarze przyjeżdżając co trzy lata na urlop do ojczyzny byli chętnie zapraszani, aby opowiadać ludziom o swojej pracy, zapalać ducha misyjnego, a przy okazji żebrać o pomoc duchową i materialną. Jedna i druga bowiem ma swoje wielkie znaczenie. Dowiedziałem się wtedy, że jeden z moich dalszych krewnych, ksiądz diecezjalny, pracuje w Kamerunie. Niewiele mi to mówiło, prócz tego, że to bardzo daleki i niebezpieczny kraj. Kiedy jednak z okazji mojej pierwszej komunii św. otrzymałem od niego w prezencie niewielką figurkę Matki Bożej z czarnego hebanu, rzeźbioną przez Kameruńczyków, temat stał mi się bliższy. Matka Boża była przedstawiona jako afrykańska kobieta, niosąca w nosidełku na plecach małego Jezusa. Historie misyjne budziły moje wielkie zaciekawienie. Opowiadały o zupełnie nieznanym, odległym świecie. Nie były to jednak bajki. Była w nich prawda o tym, że na misjach trzeba być najpierw człowiekiem, który stając się bratem lub siostrą tych, do których przybył. Jest się nauczycielem, lekarzem, pielęgniarzem, stolarzem, technikiem, budowlańcem i kim tylko potrzeba. Przede wszystkim trzeba nauczyć się miejscowej kultury, języka, poznać tubylcze wierzenia, wejść w sposób myślenia. Misjonarz musi być odważny, by stawiać czoła niebezpieczeństwom czyhającym na każdym kroku. Ciemne noce wabią dzikie zwierzęta, szukające pożywienia. Klimat doskwiera i zaskakuje. Owady mogą przenosić różne choroby. Jedzenie jest zupełnie inne i prostsze niż w rodzinnym kraju. Wszystko to jednak było bardzo intrygujące.
Z czasem dowiadywałem się, że misjonarze, kiedy już staną się jednymi z tych, do których poszli, zaczynają mówić im o Jezusie Chrystusie, głosić Ewangelię, zapraszać do przyjęcia chrztu. To głoszenie to jednak nie tylko słowa. To także konkretny przykład życia prawdziwie chrześcijańskiego, codziennej modlitwy i bycia naśladowcą Tego, Którego się głosi. Gwinejski kardynał Robert Sarah, dzisiaj bliski współpracownik papieży, człowiek bardzo szanowany i słuchany ze względu na swoją autentyczność i mądrość, wspomina: „Wejście do rodziny Chrystusa w całości zawdzięczam wyjątkowemu poświęceniu ojców duchaczy. Do końca życia zachowam ogromny podziw dla tych ludzi, którzy opuścili Francję, swoje rodziny i bliskich, żeby zanieść miłość Boga na krańce świata (…) Przez trzy miesiące obozowali w lesie. Brakowało im wszystkiego. Cierpieli z powodu głodu. Każdego wieczoru ojcowie gromadzili dzieci koło wielkiego krzyża postawionego na podwórzu misji, mającego symbolizować serce i centrum wioski; widać go było z daleka – nadawał kierunek całemu naszemu życiu! Wokół krzyża odbywała się nasza ludzka i duchowa edukacja”. Kardynał świadczy o tym, że zarówno on sam, jak i setki ludzi zawdzięczają prawie wszystko poświęceniu i niełatwej pracy misjonarzy. Wielu z nich przypłaciło życiem, umierając bądź to na różne choroby, bądź będąc ofiarami tych, którym ich działalność nie była po drodze.
Efektem moich misyjnych spotkań, książek, fotografii i filmów o misjach, była cicha decyzja, żeby zostać misjonarzem. Wiele lat później decyzja ta zaczęła się konkretyzować, gdy byłem już prawie gotowy do wyjazdu do Tanzanii, aby na uniwersytecie uczyć studentów. Niespodziewana choroba serca i operacja uniemożliwiły realizację tego pragnienia, ale kilkutygodniowy pobyt w Tanzanii pozwolił mi posmakować czegoś, co od zawsze mnie pasjonowało i pasjonuje. To, co ujmuje mnie w świecie misyjnym, to prostota i zwyczajność. Mimo trudności, jest tam dużo szczerej radości, której brakuje w zadufanym, egoistycznym „cywilizowanym” świecie. Tutaj jeden drugiemu skacze do gardła, oczernia i zabija. Nienawiść, zazdrość, zdrady, kłótnie na każdym niemal tle, niszczą piękno. Tam wszystko jest prostsze, skromniejsze, uboższe, a przez to bardziej radosne i szczęśliwe. Czuć braterstwo między ludźmi.
W Kościele kończy się właśnie Tydzień Misyjny. Coraz bardziej przyciemniany innymi tematami. A to bardzo niedobrze, bo Kościół przede wszystkim, z nakazu samego Chrystusa jest i ma być misyjny. Cały Kościół, wszyscy jego członkowie mają być misjonarzami tam, gdzie żyją. Mają także wspierać dzieło misyjne Kościoła. I choć wielu, jak zwykle, będzie to krytykować, to nie ma co na to krytykanctwo patrzeć. Trzeba robić swoje. Pokazywać Chrystusa i nim żyć. Jak pisze Sarah: „Dziękuję misjonarzom, którzy mi uświadomili, że krzyż to centrum świata, serce ludzkości i punkt zakotwiczenia naszej stabilności. Na tym świecie istnieje bowiem tylko jeden stały punkt, zapewniający człowiekowi równowagę i spójność. Wszystko inne jest ruchome, zmienne, ulotne i niepewne”.

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Od lipca 2018 r. wikariusz w parafii św. Jana Pawła II w Bayonne, w New Jersey.

 

fot.FILIP SINGER/EPA-EFE/REX/Shutterstock

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*