Anioły

fot.Pexels.com

Nikolkę „spotkałem” w jednym z polskich sklepów w Chicago. Patrzała na mnie uśmiechając się z kolorowej ulotki rozpowszechnianej przez fundację You Can Be My Angel. Czteroletnie dziecko miało w szeroko otwartych oczach wypisane pragnienie: „Pomóż mi stać się zdrową! Pomóż mi być szczęśliwą!”. Wraz z rodzicami i całą armią ludzi dobrej woli Nikolka walczyła z guzem mózgu. Wczoraj otrzymaliśmy informację od jej rodziców: „Zapalenie płuc… Gorączka prawie 40 stopni… Nic nie pomagało….. Dziś o godz. 8:56 nasza Nikolka powiększyła grono Aniołków. Córeczko nie przegrałaś, Ty po prostu musiałaś odpocząć !!!!!”. Ogarnął mnie smutek. Wieczorem jeden z wolontariuszy fundacji pisze do mnie: „Co do Nikolki… powiedziałem dziś o tym z samego rana moim dzieciakom. Kasia mówiła, że dzieci lepiej to znoszą niż dorośli. Miała rację. Ja ryczałem, a moja 5-letnia Malina powiedziała: ‚Tata, ale ona teraz jest bardziej aniołem niż my’. Rozwaliła mnie totalnie”.

Dzieci rodzące się z nieuleczalnymi schorzeniami, wadami, albo dotknięte śmiertelnymi chorobami, chyba zawsze prowokują pytania: „Dlaczego”? Wiele osób buntuje się, że to niesprawiedliwe i w ogóle „jeśli istnieje Bóg, to czemu na to pozwala?” Bez wątpienia takie sytuacje są wielkim cierpieniem dla rodziców i najbliższej rodziny. To prawda, małe dziecko przeżywa to inaczej. Sam urodziłem się z poważną wadą serca i mając trzy lata zostałem poddany operacji. W połowie lat siedemdziesiątych w Polsce operacje kardiochirurgiczne nie były jeszcze na wysokim poziomie. Dopiero po latach dowiedziałem się od rodziców, że kilkoro dzieci, z którymi przewożono nas helikopterem do kliniki w Łodzi, nie przeżyło operacji lub zmarło na skutek powikłań. Wracając myślą do tego epizodu z mojego życia oraz do kilku następnych, kiedy oddziały chirurgii stały się dobrze znanymi mi miejscami, wiem, że skoro żyję, to oznacza, że mam jeszcze coś do zrobienia. Daleko mi do bycia „aniołem”. A dzieci i dorośli, którzy odchodzą, po ludzku rzecz biorąc – za wcześnie, po prostu osiągnęli już swój cel, pozostawiając po sobie ważne przesłanie, jakiś trwały ślad, coś bardzo wyjątkowego. W końcu każde życie jest jedyne w swoim rodzaju i wyjątkowe.

Bardzo ważną lekcję na ten temat dał mi Kuba. Kilkanaście lat temu w Krakowie, po wieczornym nabożeństwie przyszedł do zakrystii jego ojciec, nauczyciel akademicki w Wyższej Szkole Oficerskiej. Poprosił, żebym przyszedł do umierającego syna. Ponieważ mieszkali w pobliżu, poszedłem od razu. Wchodząc do mieszkania spotkałem zapłakane mamę Kuby i jego dziewczynę. On sam leżał w łóżku w pokoju obok. Dwudziestotrzyletni chłopak urodził się z mukowiscydozą, bardzo poważną chorobą, która prowadzi do śmierci. Zalany potem, oddychał przy pomocy respiratora. Na mój widok uśmiechnął się i powiedział: „Fajnie, że ksiądz przyszedł. Mam trochę pytań. Ma ksiądz czas?”. Rozmawialiśmy długo. Pytał o to, czy kiedy umrze, to będzie ktoś z drugiej strony na niego czekał, czy wiem, jak to jest. Zanim wyspowiadał się z całego życia, dał mi wielką lekcję życia. „Wie ksiądz, moi przyjaciele mówią, że życie jest niesprawiedliwe i że Boga nie ma. Chcieli, żebym się buntował i dał sobie spokój z wiarą. Kiedy kilka miesięcy temu leżałem znowu w szpitalu, czułem, że choroba wchodzi w nowy, bardzo agresywny etap. Kilka osób, które leżały ze mną, już odeszło. Po powrocie do domu postanowiłem pozamykać wszystko. Konto w banku, profil na „Naszej klasie”. Oddałem książki do biblioteki i na koniec wziąłem urlop dziekański na uczelni. Ostatnie kilka tygodni spędziłem znów w szpitalu. Wczoraj poprosiłem, żeby wypuścili mnie na kilka dni do domu. Zrobili to niechętnie. Ale ja bardzo chciałem. Chciałem spędzić ten weekend z moimi rodzicami i dziewczyną. Chciałem, żeby ksiądz przyszedł pogadać i wyspowiadać mnie. Nie spotkam tylko mojego brata, bo on leży w szpitalu w Warszawie i jest po przeszczepie szpiku. Lekarz zabronił mu mówić, w jakim ja jestem stanie. Wie ksiądz, nie boję się umierać. Mówię wszystkim, że dla tych dwudziestu trzech lat warto było się urodzić i żyć! Oni patrzą na mnie dziwnie. Proszę księdza. Ja umieram. Pewnie w tym tygodniu będzie mój pogrzeb. Mam prośbę, niech ksiądz powie na moim pogrzebie kazanie. I niech ksiądz poprosi w moim imieniu, żeby nie płakali. Najbardziej nie chciałbym tego, żeby płakali i rozpaczali”.

Kuba dał mi lekcję na całe życie. Do dziś mam przy sobie jego fotografię, którą dali mi rodzice. Choć mieliśmy się jeszcze spotkać we wtorek, nie zdążyłem. Odszedł kilka godzin przed umówionym spotkaniem. W szpitalu, do końca pocieszając leżących tam pacjentów.

Nikolka, Kuba i tysiące innych historii ludzi, którzy po cierpieniach powiększają grono aniołów, nie umierają, ale wciąż żyją, zostawiając lekcje prawdziwego życia. Każda pomoc, którą otrzymują od innych, jest czymś wielkim. Czy to będzie dobre słowo, obecność, uśmiech, podana ręka i otwarte ramiona, czy symboliczny dolar przeznaczony na pomoc w leczeniu. To wszystko ma sens. Nigdy nie będzie stuprocentowej pewności, że na przykład leczenie poskutkuje. Pozostaje jednak obustronna wdzięczność i świadomość szczęścia, które można sobie podarować. Takie są te nasze Anioły!

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. Od 2011 roku przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana.

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*