A miał być koniec świata

fot.Pexels.com

Kolejny raz się „nie udało”. Datę zapowiadanego „końca świata” musiano znów przesunąć na inny termin. Zapowiadana w mediach apokalipsa, totalna zagłada życia na ziemi, zbliżała się wielkimi krokami. U tych, którzy wierzą w takie teorie, nakręcała spiralę strachu. Czy jednak trzeba się bać? Ulegać teoriom, które nie mają potwierdzenia? Czy może lepiej przyjąć zupełnie inną postawę? A jeśli tak, to jaką?

Faktem jest, że nasiliły się ostatnimi czasy trzęsienia ziemi, huragany i tornada, aktywność wulkanów. Ludzie upatrują w tych zjawiskach niechybnie zbliżający się koniec. Trzeba jednak powiedzieć, że zawsze takie zjawiska miały miejsce na ziemi i zawsze będą. Teologia katolicka mówi o tym, że stworzenie dzieje się ciągle. „Ze światem jest podobnie jak z żarówką, która świeci tak długo, jak długo dopływa do niej prąd z elektrowni. Odcięcie od źródła energii powoduje natychmiastowe zgaśniecie. Świat przestałby istnieć, gdyby Bóg ustawicznie nie chciał jego trwania” (M. Kaszowski).

Oczywiście teologiczne tezy z upodobaniem są podważane i przez naukowców, i przez zwyczajnych ludzi, obalane i wykpiwane zwłaszcza przez tych, którzy w Boga nie wierzą. To dlatego trzeba im jakichś zamienników. Nawet jeśli wizja ciągłego stwarzania może uspokajać i dawać nadzieję na przyszłość, to wystarczy „ustalić” jakiś dzień końca świata, żeby wywołać u wielu osób strach i panikę. Na pytanie o apokalipsę trzeba odpowiedzieć twierdząco. Tak, ona się realizuje. Żyjemy w czasach apokalipsy, czasach ostatecznych. Zaczęły się one z chwilą Wniebowstąpienia Chrystusa. Jestem jednak przekonany o tym, że ponieważ biblijna Księga Apokalipsy jest wciąż źle odczytywana, traktowana jest, niestety także przez bardzo wierzących ludzi, jako księga grozy, będąc w istocie księgą pocieszenia. Czytając Apokalipsę, czuję wewnętrzny pokój i mam w sobie nadzieję. Jeśli stoję po stronie Chrystusa, przedstawionego jako Baranek zabity i żyjący, mając świadomość bycia opieczętowanym znakiem Chrztu, czuję się naprawdę bezpieczny. Nie zwalnia mnie to jednak z konieczności ciągłej pracy nad sobą, nad tym, bym łączności z Bogiem nie stracił.

Na tym między innymi polega bycie w stanie ciągłego stwarzania. Jeśli mam świadomość, że mimo dojrzałego wieku wcale jeszcze nie jestem „gotowy”, wystarczająco dojrzały, bo moje życie dopiero zmierza do pełni, to popełniam błędy, gubię właściwy kierunek drogi, upadam. Jednak jeśli jest jeszcze Ktoś lub coś, co mnie podciąga w górę, daje energię i siłę do walki o poprawę samego siebie, o bycie lepszym, to jest dobrze. Gorzej, kiedy leżąc, poddaję się i nie szukam już pomocy, uważając, że „sam sobie poradzę”, albo też przestaje mi na wszystkim zależeć. A przecież często tak właśnie się dzieje. Rezygnacja może być i jest dla wielu początkiem końca, prawdziwego końca.

Na kataklizmy nie ma rady. Trzeba je przeżyć, nie wystawiając się na bezpośrednie ich działanie. O wiele groźniejszą sprawą jest brak bezpieczeństwa życia, spowodowany konfliktami i wojnami. Codziennie modlę się o pokój. I uważam to za jedną z najważniejszych intencji. Niestety, brak pokoju to nie tylko kwestia międzynarodowa. Odnoszę takie wrażenie, że niezgoda, brak wyrozumiałości, konflikty i kłótnie, brak chęci przebaczenia i zacietrzewianie się – są coraz częstszymi problemami w naszych domach. Wszystko, co jest przeciwne miłości, w tym bardzo egoistyczne i niedojrzałe podejście do życia, pycha, która nie potrafi drugiemu przyznać racji, prowadzą do rozpadu wspólnoty. Uderzają w ludzkie więzi, doszczętnie je niszcząc. Kiedy brakuje dobrej woli, żeby wyjść w kierunku drugiego, zdobyć się na przebaczenie, trzeba powiedzieć: jest naprawdę źle! I to jest według mnie dużo groźniejsza sprawa, bo skoro tak się dzieje w naszym mikroświecie, to jak ma być w wymiarze globalnym? Słusznie twierdzi brat Alois, przeor ekumenicznej wspólnoty w Taizé: „Zadaniem wszystkich jest budowanie cywilizacji opartej na zaufaniu, a nie podejrzliwości”. Zaufanie takie można budować tylko tam, gdzie panuje zgoda i wzajemny szacunek.

Nie boję się końca świata. Jako chrześcijanin nie mam powodu, żeby się bać. Codziennie się modlę: „Przyjdź Królestwo Twoje” i oczekuję przyjścia Pana Boga i królestwa miłości i pokoju. Boję się jednak wojny i niezgody, także pod moim dachem, w moim domu. Utrata więzi z drugim, wspólnoty, relacji jest niczym piekielna pustka. Kiedy ludzie stają naprzeciw siebie, dysząc niezgodą i chęcią walki, jest bardzo źle. Szkoda, że zapomina się wtedy o tym, że zabijając relację, uderzając w więź, niszcząc drugiego, zabijam i niszczę samego siebie.

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. Od 2011 roku przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana.

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*