O kulturze osobistej

fot.Pexels.com

Byłem ostatnio na przyjęciu. Urodziny znajomej osoby, w pięknym miejscu, atmosfera zapowiadała się naprawdę wspaniale. Kuchnia domowa wyborna, przygotowana z wielką serdecznością. Schodzili się znajomi, z którymi widuję się dosyć regularnie, co tydzień. Nigdy nie brakuje nam tematów do rozmowy. Każdy dzień, tydzień, miesiąc przynoszą nowe sytuacje i zdarzenia w pracy, w domu, w relacjach z ludźmi. Czymś naturalnym jest podzielić się radościami i troskami codzienności. To bardzo pomaga i nierzadko stanowi dla każdego prawdziwą grupę wsparcia. Poza tym sam klimat miejsca, piękno krajobrazu dookoła, płonące pochodnie, w połączeniu z wykwintnością smaku podawanych potraw, to także przyjemny element takich biesiad. Bo chodzi o to, żeby umieć się cieszyć, być razem, zostawiając podziały i niezgodę, a szukając tego, co dobre i budujące. Dzięki takim spotkaniom ludzie stają się sobie bliżsi, można też poznać nowe, interesujące losoby. Wszystko jednak pod warunkiem, że jest w każdym dobra wola spotkania i otwartość na drugiego, bez względu na to kim jest i jakie poglądy w danej chwili prezentuje. Z czasem może się bowiem okazać, że stanie się on kimś bardzo wartościowym i bliskim.

Nie wszystko jednak jest takie proste i piękne. Problemy zaczynają się, kiedy na przykład rozmowa schodzi na tematy polityczne. Są one oczywiście częścią naszego życia i trudno, żeby były pomijane. Czy jednak urodzinowe przyjęcie jest właściwą okolicznością do takich dyskusji? Nie wchodząc w szczegóły, sprawa poruszyła mnie o tyle, że zupełnie przypadkowo stałem się elementem tych politycznych dywagacji. A to tylko i wyłącznie z tego powodu, że jestem księdzem katolickim, a ten fakt działa na pewnych ludzi jak przysłowiowa „czerwona płachta na byka”. Wiedząc, że w takich sytuacjach potrzeba wiele opanowania i cierpliwości, starałem nie dać się sprowokować i wytrzymać napięcie z powodu ironicznych komentarzy i wyczekujących mojej reakcji spojrzeń. „Nihil novi sub sole”, jak mówi łacińska sentencja, „nic nowego pod słońcem”. Było, jest i będzie. Bycie chrześcijaninem, katolikiem, wierzącym członkiem Kościoła, jest często solą w oku zwłaszcza dla tych, którzy chcą jakoś usprawiedliwić swoje zachowanie i czyny. Nieważne, co myślisz i jaki jesteś, masz etykietkę, która może prowokować i uczynić z ciebie „chłopca do bicia”, także słowami. Nie jest to oczywiście przyjemne uczucie, jednak mam takie przekonanie, że najlepiej jest w takiej sytuacji po prostu zamilknąć. I taka postawa obnaża atakującą ironią stronę, pokazując, że coś jest nie tak. Trudno jest jednak nie dać się do końca sprowokować. Kiedy czujesz atak nieznośnych much, zaczynasz się bronić. Warto jednak wytrzymać napięcie.

Piszę o tym dlatego, że raz po raz wracam do tematu kultury osobistej, do sposobu bycia i dobrego wychowania. Każdy dzień przynosi wiele sytuacji, w których człowiek konfrontuje się z kulturą lub jej brakiem. Nigdy jednak nie jest za późno, żeby tej kultury się uczyć. W „Poradniku dobrego wychowania” czytam, że „kultura osobista jest cechą, którą nabywa się w wyniku ciągłej pracy nad sobą przez całe życie. Jest ona pewną trwałą właściwością, określa zachowanie człowieka niezależnie od czasu, miejsca i okoliczności”. Najpierw w domu moi rodzice i dziadkowie wpajali mi zasady dobrego wychowania. Kiedy poszedłem do seminarium duchownego, już na pierwszym roku formacji mieliśmy godzinę w tygodniu zajęć z savoir-vivre, czyli zasad dobrego wychowania. Nic jednak nie zastąpi, jak mówi definicja, ciągłej pracy nad sobą. Pracy, która trwa całe życie. Nie jest ona łatwa, gdyż dotyka mojego ego, mojego ja, często skażonego przez egoizm i zamkniętego na innych.

Czytam właśnie książkę na temat codziennego rachunku sumienia. Jest on ćwiczeniem duchowym, który polega na tym, że na początku chcę pozbierać całe dobro kończącego się dnia. Okazuje się, że dzieje się go naprawdę wiele. Często niedostrzegalne, przysypane innymi krzykliwymi sprawami, pozostaje nieodkryte. Zawsze lepiej widać złe rzeczy i sytuacje. I narzekać, nie wyciągając konsekwencji. Może jednak warto najpierw widzieć dobro, a dopiero na jego tle przeanalizować to, co złe? Przychodzi wtedy moment zawstydzenia. Nagle widzę nie tylko, co złego zrobiłem, ale też ile sytuacji, w których mogłem zrobić coś dobrego, zaprzepaściłem, ilu ludzi zraniłem słowem, zachowaniem. Widząc to, wiem, że powinienem zwracać większą uwagę na te momenty i sytuacje, i starać się naprawić błędy, przeprosić, podać rękę i szukać większego dobra. Także w tym, co trudne lub inne od mojego punktu widzenia.

Żal mi ludzi, którzy nie potrafią, a może nie chcą się cieszyć. Żal mi tych, którzy tylko narzekają, utyskują, walczą z innymi albo z ideami, nie widząc swoich błędów. Żal mi tych, co cały świat chcą poustawiać według siebie, a zapominają o swoim podwórku. Nie mówię, że jestem doskonały, bo daleko mi do tego, staram się jednak widzieć i analizować swoje błędy, a nade wszystko, w myśl zasad dobrego wychowania, stosować często słowa: proszę, dziękuję, przepraszam. Kultura osobista jest czymś możliwym i nie trzeba bać się stosować jej na co dzień!

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. Od 2011 roku przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana.

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*