Czy jestem zdolny do ciszy?

fot.Pexels.com

„Chciałbym z tobą pomilczeć”, przypomniało mi się ostatnio to zdanie, zasłyszane kiedyś i wypowiedziane w kontekście przeżywanych przez osoby głębokich relacji przyjaźni i miłości. Nie jest to jakiś pusty slogan, pobożne życzenie wypowiedziane na fali uczuć i emocji, ale prawdziwa i głęboka potrzeba człowieka. Wszak „mowa jest srebrem, a milczenie jest złotem”, jak mówi porzekadło. Milcząc, człowiek zaczyna słyszeć i siebie, i innych, jak również otaczający go świat. Milczenie pomaga mu na wejście w ciszę.

Coraz częściej mam poczucie, że żyję w jakimś matriksie. I ten stan, będący wirtualną rzeczywistością, jest stanem odrealnienia od prawdziwego życia. Nie jest to jedynie efekt życia w tym konkretnym momencie historii. Jest to wybór, którego dokonuje się tak naprawdę każdego dnia, budząc się rano, podejmując swoje codzienne rytualne czynności, idąc do pracy, spędzając w niej kilka godzin, wracając do domu i zastanawiając się, co mam jeszcze ważnego do zrobienia. Właśnie rozmawiając z kimś, słyszę słowa, które potwierdzają to, co przeżywam niemalże identycznie: „Włączając rano komputer, by śledzić wiadomości, nie mogę uwierzyć, że to już połowa kolejnego miesiąca, roku. Ciągle mi się wydaje, jakby to był dopiero jego początek”. Dla wielu osób wejście w taki stan, machinę pełną rutyny, jest czymś zupełnie nieświadomym. Straciliśmy kontrolę nad sobą, łatwo poddajemy się temu, co jest nam proponowane z zewnątrz. Tracimy też kontrolę nad czasem. Stajemy się uczestnikami życia, w którym ciągle musi się coś dziać. Kiedy na moment nic się nie dzieje, zaczynasz czuć, jakbyś nie istniał.

Takie życie bardzo męczy. Informacje docierają jedna po drugiej, powodując hałas nie tylko wokół mnie, ale także we mnie. Większość z nich jest negatywna, naszpikowana agresją, nienawiścią, złością, śmiercią. Wszechobecny hałas dobija. Budząc się rano, słyszę śpiew ptaków, miesza się on jednak z jednostajnym hałasem, którego źródłem jest oddalona o kilka mil autostrada. Hałasem, którego normalnie już nie wyczuwam, a który po prostu cały czas jest taki sam. Czuję, jak bardzo potrzebuję ciszy. Jak chciałbym pomilczeć. Nie w jakiejś nieokreślonej przestrzeni, ale we własnym domu. W obecności osób, wśród których czuję się dobrze i bezpiecznie, zwyczajnie kochany. Potrzebuję też ciszy własnego serca. Nie raz na jakiś czas, ale codziennie.

Pięć lat temu przy kościele, gdzie pracuję, otwarliśmy kaplicę adoracji Najświętszego Sakramentu. Można do niej przyjść codziennie od wczesnego rana do wieczora. Jest to wyjątkowe miejsce. Każdy wierzący człowiek, którego wiara staje się czymś więcej niż tylko wypełnieniem zaleconych rytuałów, wie, że modlitwa adoracji jest czymś szczególnym. Jest patrzeniem. Dwa łacińskie słowa „ad” i „oris” tłumaczy się jako „do/w stronę ust”. Człowiek zwraca się w stronę oblicza Boga i patrzy. Milcząc, wchodzi w ciszę. Ta cisza nie jest jednak zupełnie głucha. Można w niej usłyszeć bicie własnego serca, jego uczucia, emocje, słyszy się też swoje myśli, można poczuć także swoje ciało. I tak trwając w tej ciszy, dochodzi się do momentu, w którym zaczyna się słyszeć drugiego, jego obecność i to, co do mnie mówi. Tym Kimś jest Bóg. Bardzo podobnie jest w relacji do człowieka.

Milczenie wprowadza w ciszę, a ta buduje relacje i łączy ludzi. Zawsze pozostanie dla mnie żywe doświadczenie ośmiodniowych rekolekcji odprawianych w całkowitym milczeniu. Cisza pierwszych dni była bardzo uciążliwa, wręcz nie do zniesienia. Odzywały się wszystkie sprawy, problemy, lęki, niepokoje, emocje i uczucia. Będąc niejako osaczonym ciszą, myślałem o tym, żeby uciec, wyjechać. Po dwu dniach wszystko zaczęło się uspokajać. Nagle zacząłem lepiej słyszeć i patrzeć. Czułem też, że odpoczywam, lepiej się wysypiam. Psychiczny i duchowy reset i porządki. A wszystko pośród prawie setki ludzi, którzy robili dokładnie to samo. Kiedy w ostatnim dniu pozwolono mówić, nagle poczuliśmy się sobie bliżsi, jakbyśmy znali się od zawsze. Poczuliśmy, że coś nas łączy, że jesteśmy do siebie podobni. I że Ktoś nas łączy, Ktoś mówiący w ciszy, Bóg. Od tego czasu wiem, że cisza i milczenie budują relacje. I to trwałe relacje.

Dzisiejszego poranka kolega zamieścił na Facebooku zdjęcie z Tatr z podpisem: „Kozi Wierch (2291 m). Dobry początek sezonu. Oprócz adoracji polecam góry, bo też zawsze dobre”. Góry są także szczególnym miejscem, gdzie można odnaleźć ciszę. Idąc razem, a zarazem osobno, w ciszy, zmagając się z niewygodami, dochodzi się do punktu, w którym człowiek odnajduje Rzeczywistość. To jest jak opuszczenie matriksa, cisza, która daje smak szczęścia.

Czy jestem zdolny do ciszy? Do tego, by wyłączyć komputer, telefon, komunikatory, muzykę, radio, telewizję. Do tego, by codziennie rano czy wieczorem dać sobie jakiś czas na pobycie w ciszy? Ważne pytanie. I w przeddzień niedzieli Bożego Ciała i u progu wakacji.

ks. Łukasz Kleczka

kleczka
Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. Od 2011 roku przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana.

Categories: Kleczka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*