Wizowy biuletyn głupoty. Jak Departament Stanu okrutnie “zażartował”

fot.Jude Matsalla/Flickr

fot.Jude Matsalla/Flickr

Do siedziby Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego w Waszyngtonie codziennie przynoszone są wiązanki kwiatów. To jednak dla urzędników żaden powód do radości. W ten sposób niedoszli imigranci postanowili w pokojowy sposób „podziękować” administracji za pomyłkę, która miała swoje przełożenie na losy tysięcy ludzi. Nie pierwszy raz zresztą.

Dołączana do kwiatów kartka adresowana jest najczęściej do szefa departamentu Jeha Johnsona. Zawiera m.in. prośbę o skorygowanie „Biuletynu wizowego” zgodnie z zapowiedzianymi miesiąc temu zmianami w terminach rozpatrywania podań o zielone karty. Zawiera też słowa o jawnej niesprawiedliwości wobec imigrantów. A kwiaty mają być po prostu symbolem pokojowego protestu.

Miłe złego początki…

Aby zrozumieć co się stało, trzeba cofnąć się do 9 września, kiedy Departament Stanu opublikował kolejne wydanie swojego „Biuletynu wizowego” („Visa Bulletin”). Jest to comiesięczna publikacja oczekiwana z niecierpliwością i czytana z najwyższą uwagą zarówno przez prawników imigracyjnych, jak i przez potencjalnych imigrantów, chcących zamieszkać w USA na stałe. Biuletyn zawiera bowiem informacje dotyczące terminów rozpatrywania podań o zielone karty w różnych imigracyjnych kategoriach preferencyjnych – zarówno rodzinnych, jak i pracowniczych.

Ów 9 września przyniósł wielu oczekującym radosną niespodziankę. Z informacji w “Visa Bulletin” wynikało, że mogą oni wcześniej, niż się tego spodziewano, wystąpić o zmianę statusu, co wiązało się z możliwością otrzymania zezwolenia na pracę lub wyjechania na chwilę z USA. Miała to być mała rewolucja, bo do tej pory każdy imigrant in spe musiał czekać na legalne dokumenty, aż przyjedzie jego kolejka rozpatrywania wniosku, uzależniona od daty złożenia podania (priority date). Od października (wtedy w USA zaczyna się nowy rok budżetowy) wniosek na stały pobyt można by było składać już dużo wcześniej; a co za tym idzie – otrzymać pozwolenie na pracę i inne dokumenty pozwalające na w miarę normalną egzystencję w USA. Aż do otrzymania zielonej karty. Tak przynajmniej wynikało z opublikowanych przez Departament Stanu nowych danych i dat.

„W praktyce w niektórych kategoriach osoby będą mogły wystąpić o pozwolenie na pracę prawie o półtora roku wcześniej niż pozwalały na to poprzednie przepisy” – cieszył się na facebookowej stronie nowojorski adwokat imigracyjny Marcin Muszynski.

Zmiana dotyczyła zarówno oczekujących poza Stanami Zjednoczonymi, jak też osób mieszkających legalnie w USA na innym statusie imigracyjnym – najczęściej posiadaczy wiz H-1B, z których korzystają wysoko wykwalifikowani pracownicy – najczęściej profesjonaliści z sektora zaawansowanej technologii. Dla tej grupy była to przepustka na wolność – normalne zezwolenie na pracę oznaczałoby możliwość zmiany pracodawcy, do którego przez wizę H-1B byli praktycznie przywiązani. Ale skrócenie czasu oczekiwania na zieloną kartę dotyczyło także osób z wizami studenckimi, które dla podtrzymania statusu musiały uczęszczać do szkoły. W takim przypadku chodziło o oszczędności mierzone w tysiącach dolarów – choćby na samych kosztach często przedłużanej na siłę edukacji.

Trudno nie dziwić się ekscytacji prawników, którzy zaczęli obdzwaniać swoich klientów i namawiać ich do jak najszybszego wypełnienia formalności. W mediach czytanych przez imigrantów pojawiły się liczne wyjaśnienia i komentarze, co naprawdę oznaczają zmodyfikowane przez Departament Stanu terminy. Spekulowano, że zmiany są jednym z elementów prowadzonej przez administrację Baracka Obamy strategii luzowania polityki imigracyjnej.

Okazało się, że imigranci, którym wcześniej zezwolono na przyspieszenie składania papierów, jednak się do tego nie kwalifikują. Według prawników imigracyjnych biurokratyczna siekiera odcięła w ten sposób około 50 tysięcy osób

fot.Davis Maung/EPA/Wikipedia

fot.Davis Maung/EPA/Wikipedia

Najbardziej cieszyli się oczekujący na zielone karty z takich krajów jak Chiny, Indie, Meksyk czy Filipiny, gdzie kolejki potencjalnych imigrantów są najdłuższe, ale radość udzieliła się także wielu Polakom. Tysiące ludzi rzuciło się do gromadzenia dokumentów, odkładając na bok mniej ważne sprawy.

…lecz koniec żałosny

Szczęście trwało jednak niewiele dłużej niż dwa tygodnie. 25 września Departament Stanu opublikował zmodyfikowaną wersję “Biuletynu wizowego”. Okazało się, że imigranci, którym wcześniej zezwolono na przyspieszenie składania papierów, jednak się do tego nie kwalifikują. Według prawników imigracyjnych biurokratyczna siekiera odcięła w ten sposób około 50 tysięcy osób. Vicram Desai, współzałożyciel grupy Immigration Voice, szacuje liczbę dotkniętych zmianami nawet na 150 tys. osób.

Minęło kolejnych kilkanaście dni i Departament Stanu uchylił rąbka tajemnicy. Okazało się, że zmieniono daty preferencyjne po konsultacji z Departamentem Bezpieczeństwa Krajowego. Wyszło też na jaw, że podane w „Biuletynie wizowym” daty rozpatrywania podań nie zostały skoordynowane z rzeczywistą dostępnością wiz stałego pobytu w danym roku budżetowym.

Coś się jednak zmieniło. Dotąd Departament Stanu publikował w „Biuletynie wizowym” daty rozpatrywania podań o zielone karty (tzw. priority dates) w zależności od kraju pochodzenia. Począwszy od 1 października 2015 Departament Stanu publikuje już dwie tabele – jedną „tradycyjną” z „priority dates” oraz drugą pokazującą, kto jest upoważniony do wypełnienia wniosku o zmianę statusu, a tym samym do otrzymania pozwolenia na pracę. Ale w porównaniu z dokumentem z 9 września tę grupę osób drastycznie ograniczono, powołując się na brak konsultacji między rządowymi resortami.

Wśród imigrantów, prawników oraz pracodawców zawrzało. Prestiżowy „National Law Review” opatrzył informację na ten temat znaczącym tytułem „Okrutny żart”. Oprócz wysyłanych kwiatów, które przypominają raczej ruch w stylu Mahatmy Ghandiego, czy polskiej Solidarności, są także prawne konkrety. Przeciwko obu departamentom – Stanu i Bezpieczeństwa Krajowego oraz ich szefom wniesiono pozew zbiorowy. Przypomniano w nim, że imigranci wskutek pomyłki administracji ponieśli wymierne straty finansowe. Niektóre rodziny musiały wydać od 2 tys. do 5,5 tys. dol., choćby tylko po to, aby przygotować nowe wnioski do Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego. Na stronach Białego Domu pojawiła się także petycja do prezydenta w tej sprawie.

Nie pierwszy to raz

Służbom migracyjnym brak przejrzystości, co może mieć koszmarne skutki. Nie od dziś, czy od wczoraj zresztą. Starsi stażem imigranci pamiętają słynną „loterię w loterii”, jaką zgotował Polakom Departament Stanu w jednej z pierwszych loterii wizowych w latach 90. W 1993 roku zawiadomienie o zwycięstwie otrzymało ponad 20 tysięcy naszych rodaków, mimo że przepisy loterii wyraźnie ograniczały limit przypadający na jeden kraj do 7 proc. całej dostępnej puli (wówczas maksymalnie 3850 wiz). Okazało się, że nikt nie przewidział, iż chętnych z jednego kraju może być aż tak wielu i nie poprosił informatyków o założenie odpowiedniego „filtra” w programie losującym. Oficjalne przyznanie się do błędu zabrało urzędnikom wiele tygodni. Ci rodacy, którym udało załatwić formalności i wyjechać przed wyczerpaniem puli, mogą czuć się prawdziwymi szczęściarzami. Za zawiedzione nadzieje tysięcy Polaków marzących wówczas o wyjeździe do USA nikt nie przeprosił.

Odwołana loteria

Jeszcze bardziej brzemienną w skutkach była pomyłka Departamentu Stanu w programie loteryjnym DV-2012. Wyniki losowania po prostu… unieważniono. Okazało się bowiem, że 90 proc. wybranych przez komputer to osoby, które zgłosiły swój akces w pierwszych dwóch dniach rejestracji, podczas gdy zgodnie z przepisami równe szanse na wybór mieli mieć wszyscy, którzy w ciągu 30 dni zbierania zgłoszeń wypełnili stosowny formularz. Zanim jednak przeprowadzono ponowne losowanie, ku radości 14,7 miliona uczestników loterii zdążono już rozesłać 22 tysiące zawiadomień o zwycięstwie. I tyleż mniej więcej rodzin, nieświadomych „błędu oprogramowania komputerowego” (tak się tłumaczył Departament Stanu) zaczęło przygotowywać się do wyjazdu do USA. Procesy sądowe w tej sprawie ciągną się do dziś. Oczywiście i w tym przypadku urzędnicy administracji nie wytłumaczyli się, skąd mógł się wziąć „błąd oprogramowania”, skoro programy loteryjne prowadzono już wówczas od kilkunastu lat.

Najnowsza „pomyłka” w „Biuletynie wizowym” – nie zaowocuje zapewne szybkimi przeprosinami. Zawiedzione nadzieje tysięcy osób nieposiadających amerykańskiego obywatelstwa, a tym samym prawa głosu jako środka nacisku, nie mają w Waszyngtonie zbyt dużej ceny. Kwiaty od potencjalnych imigrantów też niedługo zwiędną, a prawnicy imigracyjni wrócą do pilnego studiowania kolejnych edycji „Visa Bulletin”. I tak będzie do kolejnej urzędniczej wpadki.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

 

Categories: Imigracja

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*