Przedłużenie nadziei. Dekrety imigracyjne Obamy w SN

Demonstracji organizacji działających na rzecz imigrantów przed budynkiem Sądu Najwyższego w Waszyngtonie fot.Michael Reynolds/EPA

Demonstracji organizacji działających na rzecz imigrantów przed budynkiem Sądu Najwyższego w Waszyngtonie fot.Michael Reynolds/EPA

To dla jednych przedłużenie nadziei na normalne życie, dla innych ważny spór o granice kompetencji władzy ustawodawczej i wykonawczej. Dla kolejnych – kolejny rozdział rozkręcającej się kampanii do Białego Domu i Kongresu. Tak najkrócej podsumować można następstwa decyzji Sądu Najwyższego, który postanowił, iż zajmie się kwestią legislacyjnych rozporządzeń wykonawczych prezydenta Baracka Obamy.

W listopadzie 2014 r. Barack Obama opublikował dwa rozporządzenia wykonawcze. Deferred Action for Parents of Americans and Lawful Permanent Resident (DAPA) oraz rozszerzona wersja Deferred Action for Childhood Arrivals (DACA II) miały ułatwić życie nielegalnym imigrantom, posiadającym trwałe związki ze Stanami Zjednoczonymi. Program DAPA oferował rodzicom dzieci – obywateli USA lub rodzicom dzieci posiadających zielone karty trzyletnie prawo do pracy, legalny numer Social Security i możliwość starania się o prawo jazdy. Otrzymanie dokumentów miało się wiązać z uiszczeniem opłat, ktore sfinansowałyby koszty administracyjne oraz sprawdzeniem niekaralności.

Amnestia, której nie było

DACA II była rozszerzeniem wcześniejszego rozporządzenia pozwalającego na odroczenie deportacji osób, które wjechały, a raczej zostały wwiezione do USA jako małe dzieci lub nastolatki. To tzw. Dreamers, od niezrealizowanego projektu DREAM Act, który przewidywał możliwość legalizacji pobytu tej grupy osób, często nie znających i nie pamiętających już innego kraju niż Stany Zjednoczone. Oryginalny program DACA wprowadzono w 2012 r. i do tej pory skorzystało z niego 600 tysięcy osób. Tego przepisu wykonawczego Obamy nie zakwestionowano w sądzie federalnym.

Oba rozporządzenia okrzyknięto od razu “amnestią” choć z prawnego punktu widzenia taką nie były. Prezydent nie ma bowiem możliwości zmiany statusu imigracyjnego bez ustaw Kongresu. DAPA potencjalnie stwarzała jedynie szansę na odroczenie deportacji i legalną pracę dla 4-5 milionów nieudokumentowanych cudzoziemców. DACA II objęłaby kolejnych kilkaset tysięcy młodych ludzi. Pojawiły się wątpliwości, czy prezydent, działając bez zgody Kongresu, nie wykracza poza swoje konstytucyjne uprawnienia.

Do sądu po sprawiedliwość

Zanim nowe przepisy o DACA i DAPA weszły w życie zostały zasądzone w sądzie federalnym przez 26 stanów. Koalicji republikańskich gubernatorów i prokuratorów przewodził Teksas. Sąd pierwszej instancji zablokował wprowadzanie w życie prezydenckich rozporządzeń, a kilka miesięcy później decyzję tę podtrzymał sąd apelacyjny. Administracji i zwolennikom pół-legalizacji milionów nieudokumentowanych cudzoziemców pozostał już jedynie Sąd Najwyższy. Pod warunkiem, że ten w ogóle zechciałby zająć się sprawą. Jak widać – zechciał. Ostatecznego werdyktu w tej sprawie można spodziewać się w czerwcu.

Barack Obama fot.Jeff Kowalsky/EPA

Barack Obama fot.Jeff Kowalsky/EPA

Sąd Najwyższy będzie musiał rozstrzygnąć, czy Barack Obama naruszył Artykuł II Konstytucji USA (nie mylić z drugą poprawką) zobowiązujący prezydenta do przestrzegania prawa

Sąd Najwyższy będzie musiał rozstrzygnąć, czy Barack Obama naruszył Artykuł II Konstytucji USA (nie mylić z drugą poprawką) zobowiązujący prezydenta do przestrzegania prawa. Sędziowie zdecydują więc, czy uchwalone przez Kongres ustawy dotyczące imigracji pozwalały na ogłoszenie przez administrację rozporządzeń wykonawczych o tak szerokim zasięgu.

Kto ma rację?

Obie strony sporu mają tu swoje argumenty. Biały Dom wspierany przez organizacje proimigracyjne argumentuje, że 26 stanów występujących jako strona w sprawie, nie miało legalnych podstaw do wniesienia pozwu. A jeśli nawet, to prezydent nie wykroczył poza swoje konstytucyjne kompetencje. Ich zdaniem obowiązujące ustawy dają władzom federalnym duże uprawnienia przy decydowaniu, w jaki sposób najlepiej egzekwować obowiązujące prawo. I rozporządzenia wykonawcze prezydenta o zawieszeniu procedur imigracyjnych są jedynie egzekwowaniem tzw. uprawnień prokuratorskich rządu. Argumentują, że jeśli Kongres zapewnił administracji pieniądze wystarczające na deportowanie rocznie tylko 4 proc. wszystkich kwalifikujących się imigrantów, administracja ma prawo ustalenia priorytetów i skupienia się na tych, którzy mogą stanowić największe zagrożenie dla państwa. Skoro nie można deportować wszystkich – w kraju powinni pozostać ci, którzy próbują tu żyć i ciężko pracują.

Republikanie nie mają jednak wątpliwości – dla nich prezydent ogłaszając swoje dekrety stał się uzurpatorem, wkraczając na obszary zarezerwowane dla Kongresu. Według prawników wspierających pozew 26 stanów, obecnie obowiązujące prawo nie pozwala Obamie na samodzielne decydowanie o przyznawaniu tak licznym grupom imigrantów specjalnego statusu. Według prokuratora stanu Teksas Scotta Kellera rozporządzenia Obamy są w rzeczywistości jedną z największych zmian w polityce imigracyjnej w historii Stanów Zjednoczonych. Nie dość, że dokonanych bez zgody Kongresu, ale nawet bez jakichkolwiek konsultacji społecznych – oskarża Keller.

Demonstracji organizacji działających na rzecz imigrantów przed budynkiem Sądu Najwyższego w Waszyngtonie fot.Michael Reynolds/EPA

Demonstracji organizacji działających na rzecz imigrantów przed budynkiem Sądu Najwyższego w Waszyngtonie fot.Michael Reynolds/EPA

Jeśli z czegoś można się cieszyć, to z tego, że sprawa nie umarła, bo gdyby Sąd Najwyższy odmówił zajęcia się wnioskiem Departamentu Sprawiedliwości, nałożona przez sądy niższej instacji blokada rozporządzeń pozostałaby w mocy

To tylko przedłużenie nadziei

Po opublikowaniu komunikatu Sądu Najwyższego organizacje proimigracyjne nie kryły entuzjazmu. “Ta decyzja daje społeczności imigrantów szansę na to, na co zasługują i pozwala na poprawę losu milionów imigrantów” – oświadczył Steven Choi, dyrektor nowojorskiej koalicji imigracyjnej.  Ostateczna decyzja Sądu Najwyższego nie jest jednak przesądzona. Jeśli z czegoś można się cieszyć, to z tego, że sprawa nie umarła, bo gdyby Sąd Najwyższy odmówił zajęcia się wnioskiem Departamentu Sprawiedliwości, nałożona przez sądy niższej instacji blokada rozporządzeń pozostałaby w mocy. Dość niefortunny jest jednak termin rozpatrzenia sprawy – koniec czerwca. Niezależnie od tego, co postanowi grono 9 sędziów, ich decyzja nie pozostanie bez wpływu na rozkręcającą się kampanię wyborczą. Oznacza to, że wokół sprawy nielegalnych imigrantów oraz reformy imigracyjnej znów narastać będą niezdrowe emocje.

Jeśli Sąd Najwyższy przyzna w sporze rację administracji, z pewnością skorzystają na tym kandydaci Partii Demokratycznej, tym bardziej, że DACA i DAPA cieszą się dużą popularnością wśród latynoskiego elektoratu – stwarzają przecież szansę na zalegalizowanie pobytu dla wielu ziomków. Byłby to także cios dla republikanów, którym i bez tego grozi dalszy spadek poparcia wśród latynoskich wyborców.

W przypadku orzeczenia wspierającego pozew wniesiony przez 26 stanów, to republikanie zyskaliby dowód na naruszanie uprawnień konstytucyjnych przez prezydenta. Trudno o lepszy prezent w okresie wyborczej kampanii.

Za mało, za późno?

Konstytucjonaliści nie mają wątpliwości – to może być jedno z kluczowych orzeczeń, pozwalających na doprecyzowanie kompetencji poszczególnych gałęzi władzy. Jeśli nawet Sąd Najwyższy przyzna rację Obamie i programy DACA i DAPA będą mogły ruszyć z miejsca, to wielu imigrantów będzie chciało poczekać przynajmniej na wynik wyborów. Wszyscy liczący się kandydaci Partii Republikańskiej ostro krytykują bowiem politykę imigracyjną obecnej administracji, a rozporządzenia Obamy można odwołać jednym pociągnięciem pióra. Teoretycznie administracja zyskałaby pół roku na realizację programu – aż do stycznia 2017 r., kiedy kończy się kadencja Baracka Obamy. Potem jednak w zależności od tego, kto wygra, program może być przedłużony lub zakończony.  Nielegalni imigranci, którzy postanowiliby szybko skorzystać z dobrodziejstw prezydenckich dekretów, mogliby dobrowolnie wystawić się na “odstrzał” ujawniając się władzom imigracyjnym.

Jolanta Telega

j.telega@ zwiazkowy.com

Szacuje się, że w USA mieszka obecnie 11,2 mln nielegalnych imigrantów (3,5 proc. całej populacji USA). Na dekrecie Obamy mieli skorzystać przede wszystkim Latynosi, zwłaszcza z Meksyku, stanowiący największą grupę nielegalnych imigrantów w USA (5,8 mln), ale także spora grupa Polaków. Jak szacował w ubiegłym roku dr Thaddeus Radzilowski, kierujący Instytutem Piast badacz Polonii w USA, z prawnej ochrony przed deportacją mogłoby skorzystać w myśl planu Obamy około 40 tys. Polaków, czyli mniej więcej połowa z nielegalnie przebywających w Stanach Zjednoczonych. (PAP)

Categories: Imigracja

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*