Obywatelstwo USA i prawo ziemi, czyli kto się boi 14. Poprawki?

Prezydent Donald Trump zrzucił kolejną antyimigracyjną bombę. Na tydzień przed wyborami oświadczył ni mniej ni więcej, że zamierza zakończyć obowiązywanie konstytucyjnej poprawki, przyznającej prawo do obywatelstwa wszystkim osobom urodzonym na amerykańskiej ziemi.

“Powiedziano mi, że mógłbym to zrobić za pomocą rozporządzenia wykonawczego” – stwierdził Trump, dodając, że nad sprawą pracują jego prawnicy.  Powiedział także, że “jesteśmy jedynym krajem na świecie, gdzie ktoś może przyjechać do kraju i urodzić dziecko, a to dziecko staje się zasadniczo obywatelem Stanów Zjednoczonych”. To ostatnie stwierdzenie to już oczywista nieprawda, bo w tej chwili w 33 krajach uznawane są podobne rozwiązania prawne.

Z motyką na słońce

Na szczęście dla imigrantów to jedynie czcze pogróżki na użytek kończącej się kampanii wyborczej. Prezydent USA nie ma bowiem prawnej możliwości ingerowania w konstytucyjne prawa do obywatelstwa.
Wypowiedź Donalda Trumpa dla „Axios on HBO” ma zapewne na celu wzmocnienie poparcia dla twardego elektoratu Partii Republikańskiej, tego samego, który obawia się ,,karawan” uchodźców szturmujących południową granicę Ameryki. Ale tak naprawdę nie może w tej sprawie zrobić zbyt wiele.
Sam Trump od lat krytykuje prawo ziemi, jako jeden z magnesów przyciągających nielegalnych imigrantów. Przytacza argumenty i liczby, powołując się na to, że wielu nielegalnych imigrantów traktuje swoje urodzone w USA dzieci jako tzw. anchor babies, czyli jako argument przeciwko deportacji do kraju pochodzenia. Posiadanie urodzonego w Ameryce dziecka co prawda nie daje automatycznego prawa do pozostania w USA, ale po osiągnięciu pełnoletności dziecko nielegalnych imigrantów ma prawo do sponsorowania swoich najbliższych. Ponieważ przebywające w USA nielegalnie matki z reguły nie mają ubezpieczenia, koszty urodzenia dzieci często obciążają szpitale oraz lokalne i stanowe budżety. Potem dzieci idą do szkół publicznych i znowu korzystają z pieniędzy podatników.  Wszystkie argumenty zmierzają do tego, aby udowodnić jak wielkim obciążeniem finansowym są nielegalni dla Stanów Zjednoczonych.
Szanse na prawną zmianę istniejącego stanu rzeczy są jednak niewielkie. Podobnie jest i teraz, kiedy prezydent Donald Trump przy pomocy rozporządzeń wykonawczych chciałby podważyć coś, co jest częścią konstytucyjnego porządku. Sąd Najwyższy nigdy jednak nie zdecydował o innej interpretacji 14. Poprawki niż stosowana obecnie. Zarówno Biały Dom, jak i Kongres ma więc bardzo niewielkie pole manewru, aby zmienić obowiązujące prawo. Każde rozporządzenie wykonawcze w tej sprawie zostanie natychmiast skontrowane przez sąd. Uderzenie w 14. Poprawkę z prawnego punktu widzenia to porywanie się z motyką na słońce.

Prawo ziemi i prawo krwi

O tym, czym jest 14. Poprawka i skąd się wzięła, miałam już okazję pisać na łamach ,,Dziennika Związkowego”, ale o pewnych aspektach nabywania obywatelstwa warto jeszcze raz przypomnieć.
Najbardziej rozpowszechnionym kryterium przekazywania obywatelstwa jest „prawo krwi” (łac. ius sanguinis) czyli posiadanie przez jednego lub dwóch rodziców obywatelstwa danego kraju, w naszym przypadku polskiego, czy amerykańskiego.
W Stanach Zjednoczonych, jak w wielu krajach przyjmujących imigrantów, obowiązuje też „prawo ziemi” (łac. ius soli), przyznające prawo do obywatelstwa niemal wszystkim osobom urodzonym na terytorium USA. I to niezależnie od statusu imigracyjnego rodziców – ci ostatni mogą być obywatelami USA, stałymi rezydentami, turystami, czy nielegalnymi imigrantami w kraju. Jedynym wyjątkiem są dzieci zagranicznych dyplomatów przebywających na placówce w USA. W ich przypadku kwestię obywatelstwa regulują traktaty międzynarodowe.
Ius soli to jednak jeden z rzadziej spotykanych sposobów nabywania obywatelstwa. W chwili obecnej większość krajów na świecie (w tym np. Polska, Niemcy, Włochy, Japonia, czy Szwajcaria) nie uznaje „prawa ziemi”.
(Obywatelstwo można nabyć także przez naturalizację, czy nadanie drogą administracyjną, ale tym aspektem nie będziemy się tu zajmować.)

Ius soli nawet w rezerwatach

Już nie pierwszy raz politycy próbują ,,majstrować” przy 14. Poprawce do Konstytucji USA usiłując ograniczyć tzw. ius soli. Na przestrzeni ostatnich 150 lat w Kongresie rozpatrywano już wiele projektów ustaw mających zakończyć obowiązywanie tego fragmentu ustawy zasadniczej. Wszystkie te usiłowania kończyły się fiaskiem. Rozważano zarówno pozbawianie prawa do obywatelstwa dla urodzonych w USA dzieci nielegalnych imigrantów, a nawet wszystkich imigrantów. Projekty te nie miały jednak szansy na realizację.
Co więcej – na przełomie XIX i XX wieku raczej rozszerzano ius soli, niż je zawężano, m.in. uznając za pośrednictwem kilku ustaw (1887, 1901 i 1924) prawo do amerykańskiego obywatelstwa dla żyjących w rezerwatach Indian. Rezerwaty były przecież wyłączone spod jurysdykcji stanowej i traktowane jako niezależne terytoria.

Czym jest 14. Poprawka?

„All persons born or naturalized in the United States, and subject to the jurisdiction thereof, are citizens of the United States and of the state wherein they reside.”
„Wszystkie osoby urodzone lub naturalizowane w Stanach Zjednoczonych, objęte jurysdykcją tego kraju, są obywatelami USA oraz stanu w którym mieszkają” – tak mówi odnoszący się do kwestii obywatelstwa fragment 14. Poprawki do Konstytucji.
Co ciekawe – ustawodawcom nie chodziło jednak o imigrantów i ich dzieci, ale o uwolnionych w wyniku wojny secesyjnej niewolników. Był rok 1866 i trzeba było uregulować prawnie status milionów Afroamerykanów. Proces ten zajął sporo czasu, biorąc pod uwagę, że pełnię praw obywatelskich kolorowi wywalczyli dopiero po niespełna 100 latach.
Bez kontekstu historycznego trudno zrozumieć argumentację przeciwników ius soli. 14. Poprawka została uchwalona przez Kongres w 1866 roku i ostatecznie ratyfikowana w 1868 r.  Przyjęto ją zresztą przy stanowczym sprzeciwie pokonanych stanów Południa, które podczas wojny secesyjnej broniło niewolnictwa. Dziś zwolennicy ograniczenia „prawa ziemi” argumentują, iż autorzy 14. Poprawki nie mieli zamiaru przyznawać obywatelstwa wszystkim osobom, które miały to szczęście, iż urodziły się na amerykańskiej ziemi. Kluczem do takiej interpretacji ma być fragment mówiący o podleganiu jurysdykcji Stanów Zjednoczonych (subject to the jurisdiction). Część prawników argumentuje, że fakt posiadania obcego obywatelstwa i zależności prawnej od innego kraju nabyty w chwili urodzenia przez „prawo krwi” może być interpretowany jako argument za nieuznawaniem prawa do amerykańskiego obywatelstwa dla osób urodzonych w Stanach Zjednoczonych. Zgodnie z tym rozumowaniem, jeśli w Chicago rodzi się dziecko dwojga Polaków, podlegających jurysdykcji państwa polskiego, to można by było ich potomkowi odmówić prawa do obywatelstwa USA.  Na szczęście Sąd Najwyższy nigdy się nawet nie zbliżył do takiej interpretacji. Aby więc zmienić obecny stan prawny, trzeba by było bądź zmienić konstytucję, bądź uchwalić taką ustawę, która nie wzbudziłaby zastrzeżeń Sądu Najwyższego. A to nie będzie proste.

W oparach political fiction

Zacznijmy od zmiany konstytucji. Aby tego dokonać, w Kongresie w obu izbach trzeba by było uzyskać po dwie trzecie głosów.  Do tego poprawkę musi jeszcze ratyfikować co najmniej dwie trzecie stanów. Biorąc pod uwagę obecne podziały polityczne, żadnego z tych trzech warunków nie udałoby się spełnić. W obecnej sytuacji jest to po prostu political fiction.
Podobnie jest z ustawą. Kongres może eksperymentować i szukać prawnych furtek dla ograniczenia prawa ziemi, ale prędzej czy później o zgodności tych rozwiązań z konstytucją rozstrzygnąłby Sąd Najwyższy.
Jedynym rozwiązaniem, na jakie wskazuje Jon Feere, doradca prawny Immigration and Customs Enforcement, mogłoby być zastosowanie rozwiązań administracyjnych i prowadzenie polityki faktów dokonanych. W takim przypadku urzędy federalne mogłyby otrzymać polecenie, aby wydawać numery Social Security i paszporty tylko dzieciom posiadającym przynajmniej jednego rodzica z obywatelstwem lub zieloną kartą. Zmusiłoby to Sąd Najwyższy do bezpośredniego wypowiedzenia się w sprawie prawa do obywatelstwa USA dla dzieci turystów lub nielegalnych imigrantów. Do tej pory w najbardziej znanej sprawie Sąd Najwyższy podtrzymał jedynie prawo do obywatelstwa urodzonemu w USA dziecku legalnych rezydentów z obcym obywatelstwem, nie rozpatrując innych przypadków.
To jednak kwestia dalszej przyszłości. Obecnie mamy do czynienia z przedwyborczą propagandową parą w gwizdek, bo szanse na przyjęcie rozwiązań prawnych – proponowanych przez najbardziej zagorzałych przeciwników imigracji, z prezydentem Donaldem Trumpem na czele – są zerowe.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

Categories: Imigracja

Comments

  1. Yaroon
    Yaroon 9 listopada, 2018, 05:32

    Zawsze powtarzałem i powtarzam: USA nie może być jedynym wyjściem i zbawieniem dla Ameryki Łacińskiej. Niech się w końcu wezmą do roboty i skończą z korupcją. Gonić ich !

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*