Imigranci kontra Trump. Batalia w sądach

fot.pixabay.com

Polityka imigracyjna prezydenta Donalda Trumpa napotyka na kolejne przeszkody. Administracja przegrywa w sądach, a orzeczenia wydawane są w stanach, które zwykle uważa się za liberalne.

W poniedziałek w Kalifornii sędzia federalny William Orrick zablokował na stałe wprowadzanie w życie zarządzenia wykonawczego Donalda Trumpa, pozwalającego na wstrzymanie funduszy federalnych dla miast uważanych za azylanckie. To miejscowości, w których lokalne policje świadomie nie współpracują z władzami imigracyjnymi i nie przekazują nielegalnych imigrantów w ręce „federalnych”. Przeciwko takiej polityce ostro protestował Departament Sprawiedliwości, twierdząc że lokalne władze naruszają bezpieczeństwo publiczne, kiedy odmawiają przekazywania do deportacji nielegalnych imigrantów aresztowanych za różne przestępstwa. Miasta sanktuaria też twierdzą, iż występują w obronie bezpieczeństwa publicznego. Ich zdaniem angażowanie lokalnej policji w wyłapywanie imigrantów powoduje, że społeczności etniczne przestają współpracować z organami ścigania.

Obietnica nie stała się ciałem

Trump wydał zarządzenie wykonawcze w sprawie miast sanktuariów jeszcze w styczniu. Była to jedna z jego pierwszych decyzji po objęciu prezydentury, a zarazem spełnienie jednej z obietnic wyborczych. Miasta ochraniające imigrantów były przedstawiane w czasie ubiegłorocznej kampanii jako uosobienie zła. Dostało się Chicago, Nowemu Jorkowi czy Los Angeles. U.S. Immigration and Customs Enforcement domagał się, aby lokalne władze przetrzymywały osoby nawet przez dodatkowe 48 godzin, aby władze imigracyjne mogły sprawdzić status zatrzymanego.

Jednak już w kwietniu zarządzenie zostało tymczasowo zablokowane w sądzie z powodu wątpliwości co do jego zgodności z konstytucją. Teraz decyzja ma już permanentny charakter.

Według sędziego Orricka rozporządzenie Trumpa narusza zasadę podziału władzy między rządem federalnym a poszczególnymi stanami i narusza dwie poprawki do konstytucji – piątą i dziesiątą. Administracja nie ma więc prawa opatrywania dodatkowymi warunkami przekazywania stanom funduszy już przyznanych przez Kongres – orzekł sąd. Rozporządzenia wykonawcze nie mogą być wykorzystywane jako broń przeciw miastom – uważa Orrick. Biały Dom dał jednak do zrozumienia, że będzie nadal walczył o swoje. Sprawa wyląduje zapewne w Sądzie Najwyższym.

Kalifornia wygrywa, Chicago korzysta

Mimo że zarządzenie Trumpa zaskarżyło skutecznie miasto San Francisco i powiat Santa Clara w północnej Kalifornii, decyzja jest także zwycięstwem władz Chicago, które w sierpniu wniosły do sądu federalnego podobny pozew. We wrześniu sąd wydał wstępną decyzję przyznając rację Wietrznemu Miastu.

Po poniedziałkowym orzeczeniu w Kalifornii burmistrz Rahm Emanuel od razu wyraził swoje zadowolenie i satysfakcję. Co prawda, pieniądze jakie miało otrzymać miasto z tytułu wstrzymanych grantów były raczej skromne – około 1,5 miliona dolarów w roku 2017 – to według Rahma Emanuela chodziło przede wszystkim o zasady. „Chicago nie zaprzestanie być otwartym i gościnnym miastem. Nie ugniemy się przed presją administracji Trumpa, ponieważ nie ma ona racji w sferze moralności, faktów i prawa” – twierdzi gospodarz Wietrznego Miasta.

To nie jedyna batalia prawna jaką toczą miasta sanktuaria z administracją. Głównie z powodu Chicago prokurator generalna Illinois Lisa Madigan przyłączyła się do 14 innych stanów zaskarżając rozporządzenie wykonawcze Trumpa o rezygnacji z programu Deferred Action for Childhood Arrivals (DACA). Notabene przy sprzeciwie republikańskiego gubernatora Bruce’a Raunera.

Administracja nie ma prawa opatrywania dodatkowymi warunkami przekazywania stanom funduszy już przyznanych przez Kongres – orzekł sąd. Rozporządzenia wykonawcze nie mogą być wykorzystywane jako broń przeciw miastom sanktuariom

Spór o aborcję

Jeszcze bardziej fascynujący i skomplikowany moralnie wydaje się spór prawny dotyczący ciężarnych nastolatek przetrzymywanych w ośrodkach młodych dla nielegalnych imigrantów. Tylko w ubiegłym roku na meksykańskiej granicy zatrzymano 420 Unaccompanied Alien Children (UAC) znajdujących się w stanie odmiennym. Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (American Civil Liberties Union – ACLU) wystąpiła z pozwem zbiorowym domagając się, aby tym nastoletnim dziewczętom przysługiwało takie same prawo do aborcji, jak wszystkim Amerykankom. Dzieci i młodzież zaliczane do grupy UAC to młodzi ludzie poniżej 18. roku życia, których złapano na granicy. Najczęściej pochodzą z krajów Ameryki Środkowej. Departament Bezpieczeństwa Krajowego ma obowiązek przekazania tych dzieci pod opiekę Health and Human Services, a jeśli to możliwe – znalezienia dla nich rodzin lub sponsorów.

ACLU w ubiegłym miesiącu odniosła pierwsze zwycięstwo wygrywając w sądzie apelacyjnym sprawę 17-letniej Meksykanki, określonej jedynie jako „Jane Doe”. Władze odmówiły jej aborcji. Grono sędziów było podzielone, ale większość orzekła, że rząd powinien ułatwić jej przerwanie ciąży, nawet jeśli miało to oznaczać wydatki z federalnej kasy. W tym przypadku „Jane Doe” udało się nawet uzbierać pieniądze na zabieg, ale Health and Human Services stwierdziło, że i tak musiałoby ponieść wydatki na eskortę i opiekę nad dziewczyną.

Teraz w grę wchodzi pozew zbiorowy, czemu ostro sprzeciwia się Biały Dom. Administracja zbija argumenty ACLU twierdząc, że w tej chwili w ośrodkach dla nieletnich nie znajduje się ani jedna ciężarna dziewczyna, która domagałaby się aborcji. W takiej sytuacji występowanie w imieniu grupy osób nie ma sensu – argumentują rządowi prawnicy. Według Health and Human Services Department w dniu 17 października w centrach dla imigrantów znajdowały się 43 dziewczyny w ciąży. Według rządu, żadna z młodych kobiet nie wyrażała chęci dokonania aborcji, która w USA jest co prawda legalna, ale której rząd nie chce finansować z kieszeni podatników.

Pozew do pozwu…

To tylko wierzchołek góry lodowej licznych pozwów wytaczanych przez imigrantów. Tak jak w przypadku 50-letniej Franciski Lino, która ukrywa się przed deportacją w kościele w Humboldt Park. Wśród osób oskarżanych przez nią o naruszenie praw człowieka znaleźli się w pozwie prezydent Donald Trump, prokurator generalny Jeff Sessions oraz Immigration and Customs Enforcement. Matka szóstki dzieci walczy o pozostanie w USA od 2005 roku i prawnie ma niewielkie szanse na legalizację. 23 listopada – dokładnie w Dniu Dziękczynienia stanie się osobą ściganą, o ile nie dojdzie do prawnego cudu. Jeśli do cudu nie dojdzie, pozostanie jedynie nadzieja, że instrukcja Immigration and Customs Enforcement z 2011 roku pozostaniew mocy. Zaleca ona agentom federalnym unikanie „newralgicznych” miejsc, takich jak szpitale, szkoły, czy kościoły, o ile osoba do deportacji nie stanowi zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego. Jeśli ICE zacznie wygarniać kobiety z kościołów, będzie to znak, iż czasy pobłażania dla nielegalnych imigrantów definitywnie się skończyły.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

Categories: Imigracja

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*