Amnestia tylnymi drzwiami

 fot.Matthew Cavanaugh/EPA

fot.Matthew Cavanaugh/EPA

 

Jeśli ktoś zarzuca administracji Baracka Obamy wprowadzanie amnestii tylnymi drzwiami, nie jest bez racji. Nie tylko głośne i zablokowane przez sąd programy zawieszenia deportacji DACA i DAPA, ale też ciche wytyczne dla urzędników decydujących o priorytetach deportacyjnych rzeczywiście mogą przyczynić się do pozostania w granicach USA milionów ludzi przebywających tu bez ważnego statusu imigracyjnego.

Według raportu niezależnego waszyngtońskiego think tanku, Migration Policy Institute, wszystkie działania administracji zmierzają w jednym kierunku – zmniejszenia liczby deportacji nielegalnych imigrantów ze Stanów Zjednoczonych. Instytut oparł swoje badania na oficjalnych danych Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, Biura Spisu Powszechnego oraz innych instytucji.

 „Niebezpieczni” niechciani

Nie od dzisiaj służby imigracyjne kierują się własnymi priorytetami przy ustalaniu kolejności deportacji. Ponieważ działania Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego zmierzają do usuwania z kraju przede wszystkim osób z przeszłością kryminalną oraz stanowiących zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego, pozostali nieudokumentowani cudzoziemcy mogą się czuć względnie bezpieczne. Autorzy raportu twierdzą, że gdyby wszystkie zgłoszone w ostatnich miesiącach rozporządzenia administracyjne Obamy zostały wcielone w życie, w USA mogłoby pozostać aż 87 proc. wszystkich nielegalnych imigrantów. W liczbach bezwzględnych oznaczałoby to, że usunięcie z kraju groziłoby 1,4 mln cudzoziemców na około 11 proc. wszystkich nieudokumentowanych przebywających obecnie na terytorium USA. Tyle osób zaliczono by bowiem do „niebezpiecznych” kategorii. Obejmują one skazanych za poważne przestępstwa (około 690 tys. osób) i tych, którzy przekroczyli nielegalnie granicę w ostatnim czasie (640 tys.). Kolejne 60 tys. to osoby ignorujące nakazy deportacji wydane przez sądy.

Dreamersi ciągle marzą

Według Migration Policy Institute zgodnie z poprzednimi wytycznymi polityki imigracyjnej zagrożonych deportacją było około 27 proc. nielegalnych imigrantów, czyli 3 miliony osób. Historia łagodzenia polityki deportacyjnej jest dość długa. W 2012 roku Barack Obama pozwolił na zawieszanie procedur deportacyjnych (deferred action program) dla osób, które były objęte tzw. Dream Act – projektem ustawy, który nigdy nie został przegłosowany przez Kongres. Chodzi o młodych ludzi, którzy zostali przywiezieni do USA jako małe dzieci, bez swojej wiedzy i zgody, i którzy praktycznie nie znają innego kraju poza Ameryką. Dreamersi od lat żyli nadzieją na legalne życie w Stanach Zjednoczonych, licząc chociażby na podobny dostęp do uczelni publicznych, jaki mają urodzeni w USA ich rówieśnicy.

Jesienią ubiegłego roku prezydent ogłosił rozszerzenie tego programu o kolejne grupy osób. Dreamersi mogliby liczyć na odroczenie deportacji niezależnie od obecnego wieku (poprzednio nie mogli przekroczyć 30. roku życia). Oprócz tego program rozszerzono o kolejną ogromną grupę osób – rodziców dzieci, którzy bądź są legalnymi rezydentami USA, bądź amerykańskimi obywatelami. Liczebność tej grupy szacowana jest na ponad 4 miliony osób. To rozszerzenie programu nigdy nie weszło w życie, ponieważ sąd federalny w Teksasie zakwestionował konstytucyjność działań administracji, która chciała uwolnić od lęku przed deportacją około 5,2 mln osób, przyznając im także ograniczone czasowo prawo do podjęcia legalnego zatrudnienia. Ciągle czekamy na orzeczenie sądu apelacyjnego w tej sprawie.

Gdyby wszystkie zgłoszone w ostatnich miesiącach rozporządzenia administracyjne Obamy zostały wcielone w życie, w USA mogłoby pozostać aż 87 proc. wszystkich nielegalnych imigrantów

 fot.Matthew Cavanaugh/EPA

fot.Matthew Cavanaugh/EPA

Migration Policy Institute szacuje jednak, że nowe regulacje wprowadzane przez władze imigracyjne objęłyby prawie dwukrotnie większą liczbę osób – około 9,6 miliona ludzi. Także liczba wszystkich deportacji zmniejszyłaby się o co najmniej 25 tys. osób rocznie.

Kategoryzowanie nielegalnych

Raport MPI opublikowano w jednym z gorętszych momentów toczącej się od lat debaty na temat reformy imigracyjnej. 1 lipca 2015 roku Juan Francisco Lopez-Sanchez, nielegalny imigrant z Meksyku, mający na swoim koncie kilka wcześniejszych wyroków i deportacji, zastrzelił na nabrzeżu w San Francisco Kathryn Steinle, kobietę, która wybrała się na spacer ze swoim ojcem. Dosyć szybko okazało się, że przebywał on na wolności, ponieważ policja nie powiadomiła o jego zwolnieniu władz imigracyjnych. San Francisco należy do grupy miast azylów (ang. sanctuary cities), które celowo nie współpracują z „federalnymi”, nie chcąc zniechęcać populacji osób bez statusu do kontaktów z lokalnymi organami ścigania. Nowy federalny Priority Enforcement Program, który zastąpił niezgodny z prawem program Secure Communities, w przypadku morderstwa w San Francisco absolutnie się nie sprawdził. Podchwycili ten fakt m.in. republikańscy kandydaci na prezydenta walczący o medialny rozgłos przed pierwszymi debatami i pierwszym, brutalnym etapem selekcji.

Raport Migration Policy Institute koncentruje się na najgłośniejszych inicjatywach Baracka Obamy, które zostały na razie zablokowane w sądzie federalnym, po wniesieniu pozwu w imieniu 26 stanów, rządzonych – co nie jest niespodzianką – przez republikańskich gubernatorów. Warto jednak pamiętać, że w czasie, gdy Barack Obama ogłaszał swoje rozporządzenia wykonawcze w sprawie DACA i DAPA sekretarz Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego Jeh Johnson wydał rozporządzenie w sprawie priorytetów deportacyjnych, dzieląc populację legalnych i nielegalnych imigrantów na trzy kategorie w zależności od stopnia zagrożenia publicznego.


Pierwszą stanowią terroryści, członkowie gangów, osoby skazane za najcięższe przestępstwa oraz osoby, które niedawno przekroczyły granicę. Drugą – recydywiści popełniający mniej groźne przestępstwa czy osoby, które otrzymały nakazy deportacji wydane po 1 stycznia 2014 roku. Trzecią – pozostali imigranci.

Na tej podstawie powstał wspomniany wyżej Priority Enforcement Program, który zobowiązuje lokalną policją do informowania o zamiarze zwolnienia imigranta, jeśli ten zalicza się do dwóch najgroźniejszych kategorii. W szczególnych wypadkach agenci federalni mogą prosić policję o przetrzymanie takiej osoby przez 48 godzin, ale i wtedy muszą podać konkretny powód.

Nic więc dziwnego, że w opinii Marca R. Rosenbluma, wicedyrektora Migration Policy Institute, „imigranci, którzy żyją od dłuższego czasu w USA i nie popełnili żadnego przestępstwa, otrzymają swego rodzaju ochronę i nie będą zagrożeni deportacją”.

W polityce wobec nielegalnych imigrantów wiele zależeć będzie od wyniku przyszłorocznych wyborów prezydenckich oraz ostatecznych decyzji sądu w sprawie programów DACA i DAPA. Trudno jednak przypuszczać, aby przed styczniem 2017 roku, kiedy w Białym Domu zasiądzie nowy prezydent, zasadniczo zmieniła się strategia władz dotycząca deportacji. Nielegalni imigranci wciąż nie mogą w USA legalnie podjąć pracy, ale dzięki „pełzającej” amnestii mogą się czuć względnie bezpiecznie.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

fot.Michael Reynolds/EPA

fot.Michael Reynolds/EPA

Categories: Imigracja

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*