Byliśmy spragnieni smaku chleba

75. rocznica Powstania Warszawskiego 

„W dniu wybuchu powstania bawiłam się z bratem, mama myła podłogę i kazała nam usiąść na parapecie. I to się wtedy zaczęło. Z naszych okien widzieliśmy ten moment, kiedy padły pierwsze strzały. To się działo na Żoliborzu na wysokości obecnego Teatru Komedia. Było nieco po godzinie 13.00” – opowiada w rozmowie z „Dziennikiem Związkowym” Pani Bożenna Małecka, warszawianka ocalała z Powstania Warszawskiego.

Pani Bożenna Małecka podczas rozmowy z Tomaszem Winiarskim
fot.Jan Winiarski

Tomasz Winiarski: – W pierwszych dniach Powstania Warszawskiego niemieckie oddziały SS, na rozkaz Adolfa Hitlera, dokonały „Rzezi Woli” – największej na kontynencie europejskim jednorazowej masakry ludności cywilnej w czasie II Wojny Światowej. Ogromna niemiecka brutalność, przemoc i mordy to była także codzienna rzeczywistość okupacyjnej Warszawy. 

Bożenna Małecka: – Z czasów okupacji mam w pamięci taki obraz, kiedy pewnego razu przejeżdżałam z mamą tramwajem na wysokości obecnego Placu Krasińskich, a wokół ciągnęły się mury Getta Warszawskiego. Mury na górze ogrodzone były drutami kolczastymi, a na dole był taki otwór do odpływu najprawdopodobniej wody deszczowej. Byłam świadkiem takiej sceny, kiedy przez ten otwór mały żydowski chłopiec z getta, w wieku około 3 lat, chciał się wydostać na zewnątrz. W tej samej chwili dostrzegł go niemiecki żołnierz obserwujący okolicę z poziomu takiej budki wartowniczej znajdującej się na pewnej wysokości. Niemiec wycelował w kierunku tego uciekającego chłopczyka karabin maszynowy i oddał do niego serię strzałów. Byłam świadkiem tego jak ta dziecina, wychodząc przez ten otwór, po prostu pada martwa na ulicę w kałuży własnej krwi. Do dziś mam ten obraz przed oczami, jest to wspomnienie nie do zatarcia. Nie do zapomnienia.

A tych przykrych wspomnień było więcej… 

– Jeżdżąc z mamą po Warszawie, z okien tramwajów widziałam organizowane przez Niemców łapanki. Ludzie wysiadali z tramwaju na przystanku, wtedy natychmiast podjeżdżała niemiecka ciężarówka, wyskakiwali żołnierze i pakowali wszystkich tych ludzi do środka. Kolejno siłą ich zgarniali do tej budy. Gdzie ich wywozili, to trudno mi powiedzieć, jednak najczęściej jechali na stracenie, albo do obozów pracy w Rzeszy, albo do obozów koncentracyjnych. Nie byłam nigdy świadkiem masowych egzekucji, ale i one regularnie odbywały się na ulicach stolicy. W ten sposób zamordowano wielu ludzi, a dzisiaj miejsca te są w Warszawie upamiętnione tablicami pamięci.

Czy pomimo tych wszystkich okropności, w owym czasie Pani życie choć trochę przypominało normalność?

– Chodziłam do pierwszej klasy do szkoły podstawowej Sióstr Zmartwychwstanek na Żoliborzu. Do drugiej klasy pójść już jednak nie mogłam, bo 1 sierpnia rozpoczęło się powstanie. Mieszkaliśmy wtedy w kamienicy na Żoliborzu przy dzisiejszej ulicy Adama Próchnika 8, mieszkania 183. Wówczas do roku 1946 to była ulica Płońska. Naszą sąsiadką była starsza pani mieszkająca pod numerem 182. W czasie okupacji w swoim mieszkaniu ukrywała dwoje Żydów – matkę z córeczką, która była mniej więcej w moim wieku. Jej matka w ogóle nie wychodziła z domu, do sklepu, na ulicę, zupełnie nigdzie. Natomiast jej córeczka, na którą wszyscy mówili Lala wychodziła czasem bawić się ze mną na podwórko. Nie widziałam jej już w czasie Powstania Warszawskiego. Któregoś dnia one po prostu gdzieś wyjechały, nie wierzę, że za granicę, bo to by było zbyt trudne, ale pewnie zmieniły miejsce swojego ukrycia w obawie przed niemieckimi żołnierzami, którzy w czasie powstańczych walk mogliby je znaleźć. Lala na ukrywającą ją sąsiadkę mówiła „babciu”. Ta pani już wtedy była osobą starszą, więc dzisiaj z pewnością nie żyje. Tak samo jak mama Lali, która ukrywała się w jej mieszkaniu. Mam jednak nadzieję, że Lala wraz ze swoją mamą zdołały przetrwać wojnę. Kto wie, może Lala mieszka teraz na przykład w Izraelu?

(Jeżeli ktoś posiada jakiekolwiek informacje ws. dalszych losów osób, które zostały przywołane w tym fragmencie, proszony jest o kontakt z autorem wywiadu – przyp. red.) 

Czy jako dziecko miała Pani lęk przed żołnierzami niemieckimi, SS-manami, funkcjonariuszami niemieckiej policji, których w czasie okupacji pełno było na ulicach Warszawy?

– Może do końca nie zdawałam sobie sprawy z tego zagrożenia… jednak bałam się na pewno. Już sam fakt, że wieczorem trzeba było zasłaniać okna i nie można było nawet światła zapalić, pokazuje, że strach i obawa przed Niemcami to emocje, które udzielały się nam wszystkim. Siedzieliśmy wtedy przy wyłączonym świetle, jedynie przy tzw. „karbidówkach” (rodzaj lampy gazowej – przyp. red.). Były też takie momenty, że Niemcy udawali wobec nas miłych. Na ulicy lub najczęściej w tramwajach, gdzie były specjalne przedziały wydzielone tylko dla Niemców („Nur für Deutsche”) i tam Polacy nie mogli przechodzić. Były to strefy odgrodzone łańcuchem. Natomiast zdarzało się tak, że któryś z Niemców wychylał się zza tego łańcucha i chciał poczęstować dziecko cukierkiem.  Ja byłam nauczona, żeby taki podarek wziąć, by nie rozgniewać takiego Niemca i żeby nie spotkały nas z tego powodu jakieś nieprzyjemności. Natomiast byłam uprzedzona przez rodziców, że nie wolno mi jeść tych cukierków, ani żadnych czekoladek.

Pani ojciec działał w konspiracji, był członkiem Armii Krajowej. Czy dzięki temu miała Pani wiedzę o zbliżającym się wybuchu powstania?

– Nieraz słyszałam rozmowy rodziców na ten temat. Z tego, co mój tata przekazywał mamie, to powstanie miało wybuchnąć 2-3 dni później. Przygotowywał mamę, żeby robiła na ten czas zapasy żywności. W dniu wybuchu powstania bawiłam się z bratem, mama myła podłogę i kazała nam usiąść na parapecie. I to się wtedy zaczęło. Z naszych okien widzieliśmy ten moment, kiedy padły pierwsze strzały. To się działo na Żoliborzu na wysokości obecnego Teatru Komedia. Było nieco po godzinie 13:00. Mama miała dokończyć mycie tej podłogi i zostawić nas samych w mieszkaniu. Planowała pojechać razem z tatą pod Warszawę po zakupy: ziemniaki, mąkę, kaszę itd. Do dzisiaj zastanawiam się, co by z nami było, gdyby te pierwsze strzały nie padły tak wcześnie, a powstanie wybuchło zgodnie z planem o godzinie „W”, czyli punkt 17:00? Walki zastałyby nas samych w domu, a rodzice byliby gdzieś pod Warszawą. Chwilę po tych pierwszych strzałach, których byłam świadkiem, musieliśmy zejść do piwnic, by się schronić.

W budynku, w którym mieszkaliście? 

– Tak. I w naszej kamienicy te piwnice nie były takie jak obecne – wybetonowane, tylko ziemia na podłodze i tam się spało, w takich warunkach bojowych. Mama chodziła po pożywienie do powstańców, z tak zwanej żołnierskiej kuchni polowej i przynosiła jakieś jedzenie. W okolicach były też działki, a ponieważ to był sierpień, to rosły tam już pomidory i ziemniaki itd. Chodziła zatem tam, często pod kulami, po dodatkowe jedzenie, bo specjalnie nie byliśmy przygotowani z zapasami na dłuższy czas.

Powstanie miało trwać zaledwie kilka dni, a później walki zaczęły się przedłużać, więc i zgromadzone zapasy szybko musiały się skończyć… 

– Tak, zapasy nie starczyły na długo. Z tamtego okresu pamiętam ogromne uczucie głodu, bo po prostu nie było co jeść. Z tej żołnierskiej kuchni powstańczej mama przynosiła rozgotowaną kaszę, często z robakami, różnie to bywało. Miałam też takie przeżycie, jak z bratem w tej brudnej ziemi w piwnicy znaleźliśmy skórkę od chleba. Brudną, wytarzaną w ziemi. Biliśmy się między sobą o to, kto ma tą skórkę zjeść. To była skórka wielkości może palca. Tak byliśmy spragnieni smaku chleba. Natomiast z powstania wyszłam dopiero po tych 2 miesiącach, bo wcześniej praktycznie z piwnic nie wychodziliśmy. Dwa miesiące bez światła i prawie bez świeżego powietrza, bo tylko te okienka piwniczne były uchylone. Jedynie mama wychodziła w poszukiwaniu żywności. To zawsze wiązało się z wielkim niebezpieczeństwem.

A co ze sprawami fizjologicznymi i higieną, wody przecież brakowało nawet do picia…

– Szczerze mówiąc to potrzeb fizjologicznych na pewno nie załatwialiśmy w piwnicy, ale tego akurat naprawdę nie pamiętam, tych fizjologicznych spraw. Na pewno nie myliśmy się normalnie, bo brakowało wody. Ona służyła tylko do picia. Mama robiła wszystko, żeby cokolwiek tam zdobyć. Były jakieś ujścia wody, z których ona ją nabierała i przynosiła do piwnicy. Trudno sobie to dzisiaj wyobrazić, ale właśnie w takich spartańskich warunkach musieliśmy przeżyć pełne dwa miesiące. A miało to całe piekło trwać tylko kilka dni. Trudno wyobrazić sobie uczucie głodu po dwóch miesiącach. Ja wyszłam z Powstania Warszawskiego spuchnięta z głodu i z awitaminozą.

Czyli powstańcy do końca starali się was karmić?

– Tak, później jedliśmy tylko z tej kuchni żołnierskiej… Starali się jak mogli, podjeżdżali z tą kuchnią i w tych menażkach starali się nam dać to, co sami zdobywali i ugotowali. Inaczej byśmy nie przerwali. Jak zrobić zapasy na dwa miesiące? Może to by trochę inaczej wyglądało, gdyby rodzice zdążyli przywieźć jakieś tam pożywienie z tej wyprawy pod Warszawę. No ale do niej nie doszło, bo zaskoczyło nas powstanie.

Siedzicie w tej piwnicy, upadek powstanie jest bliski, jednak wy jesteście już skrajnie wykończeni i głodni. Możliwe, że nawet brakuje wam nadziei, że uda się to piekło jakoś przetrwać. Jak zapamiętała Pani koniec powstania, jak to wyglądało z Pani perspektywy? 

– Dobrze pamiętam ten moment. To był dokładnie chyba 30 września. Mama do nas rano tak mówi: „Dzieci ja już nie mam co wam dać jeść dzisiaj”. Poprzedniej nocy miałam taki sen – śniła mi się Matka Boska, która do mnie przemówiła. Widziałam ją leżącą w takiej szklanej trumience jak księżniczka z bajki. Zwróciła się do mnie słowami: „Dziecino, nie martw się, to się wszystko jutro skończy”. Następnego dnia rano opowiedziałam mojej mamie swój sen. „Mamusiu, dzisiaj w nocy śniła mi się Matka Boska” i zacytowałam, co mi powiedziała. Faktycznie następnego dnia wieczorem przyszli do nas powstańcy i poinformowali, że się poddają, a my musimy  w nocy wywiesić białe prześcieradło na dachu na jakimś kiju, żeby było jasne, że my też się poddajemy i żeby Niemcy do nas po prostu nie strzelali. I tak na Żoliborzu skończyło się powstanie. Po wywieszeniu tej flagi rankiem przyszli żołnierze niemieccy z karabinami w rękach. Ustawili się przed wejściami do piwnic i wycelowali w ich kierunku. Kazali nam wszystkim wychodzić na zewnątrz. Później pędzili nas takimi okopami, mama chwyciła nas za ręce i tak szliśmy do przodu. Idąc przez te okopy to chodziliśmy dosłownie po trupach. Stąpało się po prostu po martwych powstańcach.

Czy bała się Pani, że Niemcy prowadzą was na egzekucję, że powtórzy się scenariusz z rzezi Woli?

– Ta obawa niedługo się pojawiła. Szliśmy tymi okopami, które były głębokości 1-1,5 metra. Niemcy spędzili nas do takiego olbrzymiego i głębokiego dołu, mogę określić, że był on rozmiarów średniej wielkości basenu. Wśród nas były same kobiety z dziećmi. Nie było żadnych mężczyzn, bo mężczyźni w większości walczyli w powstaniu. Wokół tego dołu na górze ustawili się Niemcy z karabinami nastawionymi na nas wszystkich. Zapytali czy ktoś rozumie język niemiecki? Wśród wszystkich okolicznych mieszkańców był jeden mężczyzna, który był chory na cukrzycę i dlatego nie brał udziału w powstaniu. Natomiast znał język niemiecki i zgłosił się na tłumacza. Więc wzięli go Niemcy na górę i żołnierz do niego coś mówił, a on później po polsku przetłumaczył, że Niemcy dają nam pół godziny czasu, żeby wszystkie matki i żony poszły po swoich mężów i synów. Oczywiście żadna z kobiet nie ruszyła się z tego dołu, bo gdzie miały pójść? A z racji, że mieli te karabiny wycelowane w naszym kierunku, to odczuliśmy, że zaraz zginiemy, że po prostu zaczną do nas strzelać. Jak tak się słyszało o różnych egzekucjach, to byliśmy już nastawieni na to, że za chwilę zginiemy. Mama tylko przytuliła nas oboje do siebie i mówi, że jak zginiemy to w objęciach matki.

Jednak dzisiaj rozmawiamy, czyli nie doszło do najgorszego? 

– Później okazało się, że po pół godzinie nikt się nie ruszył i nikt nie poszedł po żadnego męża, ani żadnego syna. Mimo to Niemcy jednak nie otworzyli do nas ognia. Stamtąd spędzili nas przez płonącą Warszawę z Żoliborza poprzez Wolę, aż do Pruszkowa. Można sobie tylko wyobrazić jaka to była odległość… Szczególnie dla małych, wygłodniałych i ekstremalnie wycieńczonych dzieci.

Schodząc do piwnicy 1 sierpnia zostawiała Pani za sobą piękną stolicę, która była wtedy nazywana „Paryżem północy”. Przez te dwa miesiące Niemcy niemal całe miasto obrócili w ruinę. Jakie to wywarło na Pani wrażenie, gdy zobaczyła Pani Warszawę zniszczoną w ponad 90 proc.? 

– To było straszne wrażenie. Przechodząc przez obecne centrum, Plac Bankowy czy Wolę widziałam domy, wszystkie jak nie płonęły, to były zupełnie zrujnowane. Przez te 2 miesiące Warszawa było doszczętnie zniszczona, zrównana z ziemią. Z budynków pozostały głównie same szkielety. Na ulicach leżały stosy gruzu.

Co się działo z wami, gdy dotarliście do Pruszkowa? 

– W Pruszkowie było wielkie zgrupowanie ludzi na takim sporym placu. To chyba była jakaś parowozownia. Nie pamiętam, czy spędzaliśmy tam noc czy nie, ale to właśnie tam Niemcy sortowali ludzi. Panny osobno, matki z dziećmi osobno. I był taki moment, kiedy jakaś pani prosiła naszą mamę, żeby pożyczyła jej swojego syna, ponieważ matki z dziećmi segregowali na tereny polskie, a samotne kobiety wysyłano na ciężkie roboty do Niemiec. Mama bała się jednak o mojego brata, że może się coś z nimi stać, i że tak powiem nie wypożyczyła go tylko trzymała nas razem przy sobie. Mój ojciec w tamtym czasie znajdował się poza Warszawą i wiedział o tym, że Żoliborz był spędzony do tego obozu przejściowego w Pruszkowie. Kiedy czekaliśmy z bratem na mamę, która poszła po jakieś pożywienie, które gdzieś tam rozdawali, po obozie chodziła taka sanitariuszka, która czytała kto kogo poszukuje. Padło tam wtedy między innymi nazwisko mojego ojca – „Jan Zengota poszukuje żony z dwojgiem dzieci”, lecz mama była w tym czasie gdzie indziej i nie miała szansy tego usłyszeć. My jako dzieci nie zwróciliśmy na to uwagi, ale dowiedzieliśmy się o tym od sąsiadki, z którą na chwilę zostawiła nas mama. Mama później chodziła i szukała tej sanitariuszki, ale już jej nie znalazła.

Jak zatem udało się wam odnaleźć ojca? 

– To już się wydarzyło po tak zwanym pseudo „wyzwoleniu” stolicy przez Sowietów 17 stycznia 1945 roku.  Wcześniej Niemcy wywieźli nas z tego obozu w Pruszkowie pod Kraków do Słomnik. Przebywaliśmy tam od października, przez całą zimę, aż do wiosny. Dopiero wiosną 1945 roku wróciliśmy do Warszawy.

Wracacie do Warszawy, zajętej przez nowych okupantów – Sowietów. Idziecie do swojego mieszkania na Żoliborzu? 

– Tak. Niestety wszystko było rozkradzione, a mieszkanie zdemolowane i zupełnie puste. Żadnych pamiątek, nic się nie ostało. Natomiast tak jak słyszałam, pierwszy znalazł się tam nasz ojciec, jeszcze zanim myśmy wrócili. Pod drzwiami na słomiance leżał nasz piesek. Jak Niemcy nas spędzali tymi okopami, to mama martwiła się o nas i nie była w stanie opiekować się psem. On gdzieś tam latał przestraszony i wygłodniały bez opieki. Nie wiadomo gdzie, a później przyszedł pod nasze mieszkanie i znaleźliśmy go nieżywego przy drzwiach.

Największymi bohaterami Powstania Warszawskiego byli jego uczestnicy, którzy z bronią w ręku rzucili się do nierównej walki z niemieckim okupantem. Często zapominamy jednak, że bohaterstwo różne ma twarze. Heroiczną postawą wykazywali się także mieszkańcy stolicy – kobiety, osoby starsze, dzieci i wszyscy cywile, którzy w walkach bezpośrednio nie uczestniczyli, a jednak znosili ogromne cierpienia związane z wybuchem Powstania Warszawskiego.

– Może nie walczyłam, ale bardzo to przeżywałam i wiedziałam na przykład, że na ulicy Płońskiej (dzisiejsza ul. Próchnika – red.) jest barykada, i że dzieci chodzą tam z butelkami benzyny i rzucają nimi w przejeżdżające niemieckie czołgi. Jakieś takie drobne sceny pamiętam i teraz jako dorosła osoba, nieraz ciężko jest mi oglądać autentyczne zdjęcia i nagrania z tego czasu. Te wspomnienia wciąż są bardzo silne. Byłam m.in. w kinie na koloryzowanym filmie wojennym, który został przygotowany na podstawie samych oryginalnych nagrań z powstania. Było to dla mnie wielkie przeżycie i takie właśnie sceny zapamiętałam, kiedy np. byłam pędzona przez stolicę już po upadku powstania. Płonąca Warszawa, walące się budynki, ciała zamordowanych ludzi na ulicach… Tak, jak najbardziej uważam, że ludność cywilna to także byli wielcy bohaterowie Powstania Warszawskiego.

Wy jako cywile wzięliście na swoje barki największe konsekwencje wybuchu powstania. Zginęło ok. 200 tysięcy ludności cywilnej Warszawy. Z perspektywy czasu, z perspektywy tego cierpienia, które stało się również Pani udziałem, zapytam – czy ma Pani dzisiaj żal do powstańców? Czy raczej jest Pani pełna podziwu dla ich heroizmu? 

– Jestem dla nich pełna podziwu. Szczególnie dla tej młodzieży. Proszę sobie wyobrazić poświęcenie matki żegnającej dziecko, dziecko, bo mówimy tutaj o młodzieży w wieku nawet 14-15 lat, które szło walczyć. Matki błogosławiły i żegnały własne dzieci wiedząc, że mogą ich już więcej nie zobaczyć. Uważam to za wielkie bohaterstwo młodzieży oraz tych matek. Do dziś ich podziwiam i nie wiem, czy obecna młodzież byłaby zdolna do takiego zrywu, do tak wielkiego poświęcenia dla ojczyzny. Nie wiem, nie chcę oceniać. Podczas okupacji to było straszne nękanie Polaków i właśnie ta ówczesna młodzież była moim zdaniem zdolna do największego zrywu i dlatego poszła walczyć z okupantem.

Przez lata okupacji sowieckiej Powstanie Warszawskie było takim tematem tabu. Raczej o nim nie mówiono, nie było muzeum powstania, nie było tego kultu powstańców, a teraz to wraca. Dzisiaj powstańcy są naszymi narodowymi bohaterami. Co Pani czuje na myśl, że dożyła tych czasów, kiedy Wolna Polska wreszcie oddaje cześć swoim największych bohaterom?  

– Cieszę się, że dożyłam takich czasów, że właśnie to jest upamiętniane, bo tym ludziom należy się oddanie hołdu. Należy ich wspominać i oddawać im cześć. Tak, jak nasi bliscy odchodzą i mamy ich w pamięci, tak samo należy się to tym wszystkim, którzy oddali za nas życie, żebyśmy dziś mogli żyć w wolnym kraju. Jestem za to bardzo wdzięczna. Moim zdaniem to poświęcenie nie poszło na marne. Uważam, że muzeum Powstania Warszawskiego jest niezwykle ważne, bo my musimy pamiętać o tamtych 63 dniach. My i dzisiejsza młodzież. Pamiętać o tym, co się wydarzyło. Tu chodzi chociażby o kształtowanie ludzkich charakterów, o wychowanie młodzieży w duchu takich wartości, jak patriotyzm. Jest to wspaniały przykład, jak społeczeństwo razem z młodzieżą jest zdolne do takich wielkich poświęceń.

Jest Pani osobą, która cierpiała bezpośrednio z powodu totalitaryzmów: nazizmu i komunizmu. Jako osoba, która wie co to jest faszyzm, co by Pani powiedziała tym ludziom, którzy nazywają faszystami lub prawie faszystami obecny polski rząd? 

– Absolutnie uważam, że to jest profanacja pamięci o tamtych czasach. Uważam, że są to rozgrywki nie na miejscu i głównie motywowane politycznie. To jakaś wręcz nienawiść do ekipy rządzącej, która przecież rozbudza patriotyzm wśród młodzieży, głównie w młodzieży, by to owocowało w następnych pokoleniach również! Osobie, która tak łatwo rzuca oskarżenia o faszyzm nie życzyłabym, aby przeżyła ten faszyzm naprawdę. Gdyby przeżyła to co ja, to by się do takich określeń nie dopuszczała. Jest to dla mnie plucie w twarz prawdziwym ofiarom faszyzmu. Najczęściej takie niesprawiedliwe porównania stosują ludzie młodsi wiekiem ode mnie i oni tego nie zrozumieją. Natomiast osoby, które tak jak ja przeżyły faszyzm na własnej skórze, rozumieją  doskonale, czym on jest.

Powstanie i całe to doświadczenie wojny na pewno musiało Panią zmienić, uwrażliwić na jakieś wartości. Co Pani wyniosła z tego okresu? 

– Jestem dzisiaj bardzo wrażliwa na brak poszanowania dla jedzenia. Mam zawsze w pamięci to przeżycie ze skórką chleba, o którą biliśmy się z bratem. Nigdy nie pozwoliłabym, żeby ktoś na moich oczach wyrzucał jedzenie lub go nie szanował, bo nie wie co to jest prawdziwy głód.  Nigdy nie marnuję jedzenia, zawsze jak nie ptakom to komuś oddzielę, jeżeli coś mi zostanie. Nie mam sumienia tego wyrzucić. Niektórzy uważają mnie za fanatyczkę, ale myślę, że zawsze mogę kogoś nakarmić, czy to ptactwo, czy rodzinę. Naprawdę, nie mam sumienia wyrzucić jedzenia do śmieci.

Dzisiaj patrząc na Warszawę widzimy nowoczesną, tryskającą życiem metropolię, która może zawstydzać niejedną stolicę w Europie. Czy kiedy w latach 50. odbudowywała Pani Warszawę, wierzyła Pani, że miasto to powstanie niczym feniks z popiołów? 

– Nie, nie… Mam ciągle zarejestrowane w głowie te sceny, które ogląda się w filmach, na archiwalnych nagraniach i patrząc wtedy na Warszawę nie sądziłam, że zostanie tak pięknie odbudowana. Tak jak wcześniej był zryw młodzieży do walki, tak później, po wojnie, był zryw ludzi do odbudowy. Nikt nikogo nie zmuszał, ludzie się sami zgłaszali i szli odgruzowywać. Ja byłam uczennicą Szkoły Baletowej na Placu Teatralnym, a Teatr Wielki legł całkowicie w gruzach. Pierwsze było odbudowywane jego lewe skrzydło, później prawe. My jako uczennice szkoły, to mogę się trochę pochwalić, że pierwsze cegiełki z gruzów tam wyciągałyśmy. Dzisiaj teatr jest pięknie odbudowany i znowu zachwyca.

Wielu niemieckich zbrodniarzy, np. SS-Gruppenführer Heinz Reinefarth, jeden z katów Warszawy, nigdy nie odpowiedziało za swoje czyny. Niemcy dzisiaj przepraszają i mówią, że czują się moralnie odpowiedzialni, ale cały czas nie chcą zapłacić reparacji wojennych… 

– O to mam do Niemiec wielki żal, właśnie za ten brak rozliczenia własnych zbrodni. Raczej uważam, że Niemcy się wzbogacili na tej wojnie. Rozkradli i powywozili nasze zabytki narodowe o wielkiej wartości, których do tej pory nie oddali! Wymordowali 6 milionów naszych obywateli, zrujnowali nasze miasta i naszą gospodarkę. To co słyszę, te sumy reparacji, to uważam, że są one jeszcze zbyt małe, biorąc pod uwagę skalę zniszczeń i krzywd. Nie wiem, czy by Niemcom starczyło połowy kraju, żeby zapłacić za swoje zbrodnie.

Czyli to słusznie, że polski rząd domaga się od Berlina tych reparacji? 

– Naturalnie, że słusznie. Te straty, które ponieśliśmy – każda rodzina przeważnie – powinny być jakoś wynagrodzone. Ja akurat żyję w takiej rodzinie, co Bogu dziękować, nikt tak tragicznie w czasie powstania nie zginął. Również jednak przeżyliśmy to wszystko, mój dziadek i rodzeństwo mojej mamy, byli wywiezieni na prace do Niemiec, wrócili po wojnie i żyli w Polsce, teraz już świętej pamięci, bo większość z nich już odeszła. Uważam, że Niemcy, którzy nie chcą wypłacić odszkodowań, są po prostu nie w porządku. Mają zatarte sumienie. Nie wiem, czym ich można do głębi poruszyć. Dzisiaj próbują wybielać swoje winy, wymazać tą swoją odpowiedzialność i obarczyć za część zbrodni nasz polski naród. A prawda jest taka, że my byliśmy ofiarami, a Niemcy szli przeciwko nam ramię w ramię z Sowietami i wspólnie byli naszymi okupantami. My Polacy mamy swoje ambicje i swój honor i należy o tym im wszystkim przypominać. Uważam, że ci, którzy to czynią, oraz ci, którzy przypominają o reparacjach, też wykazują się odwagą i mam za to wobec nich wielkie uznanie.

Dzisiaj zagraniczne media piszą o Warszawie, jako wyjątkowym mieście, które raz do roku na minutę zamiera w bezruchu, by w godzinę „W” uczcić swoich bohaterów. Widząc tych ludzi, którzy się zatrzymują, czy czuje Pani dumę z bycia Warszawianką?

– Tak, czuję dumę i uważam, że wszystkie te przeżycia nie poszły na marne. Jako naród jesteśmy bohaterami, wielkimi bohaterami II Wojny Światowej…

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał:

Tomasz Winiarski

warszawski korespondent ,,Dziennika Związkowego”

 

Categories: Historia, Polska, Wywiad, Wywiady

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*