Zirytowana mniejszość

Zirytowana mniejszość

Od mniej więcej roku w amerykańskich mediach, a szczególnie w kablowych programach informacyjnych, dominuje teza o tym, że Amerykanie są mocno zirytowani, że mają wszystkiego dość i że chcą jakichś rewolucyjnych zmian. Irytacją tą tłumaczy się między innymi zaskakujące sukcesy wyborcze Donalda Trumpa i Berniego Sandersa. Miliony ludzi głosowały rzekomo na tych polityków w przekonaniu, iż kraj staje się z wolna starą, sapiącą lokomotywą, od której odpadają koła i która zmierza donikąd. W związku z tym lokomotywę należy wysłać czym prędzej na złom i zastąpić ją czymś nowym, nawet jeśli będzie to wehikuł mocno kontrowersyjny.

Szczerze mówiąc, narracji o totalnym wkurzeniu Ameryki nie akceptuję. Owszem, ludzie mocno narzekają, ale głównie na Kongres, który cieszy się rekordowo małym poparciem, co wynika z katastrofalnego marazmu, jakim od lat ogarnięty jest amerykański parlament. Często słyszy się tezy typu „trzeba tych wszystkich ludzi wymienić”. Gdy jednak dochodzi do wyborów, zwykle okazuje się, że woli przeprowadzenia jakichś dramatycznych zmian po prostu nie ma – w ogromnej większości do Kongresu wybierani są ponownie ci sami ludzie, którzy zaraz potem robią dokładnie to samo co poprzednio. Przywiązanie amerykańskiego elektoratu do zachowywania politycznego status quo bynajmniej nie świadczy o imputowanej mu irytacji, a tym bardziej gniewie.

Są jednak również inne oznaki tego, że Ameryka wcale nie jest aż tak bardzo rozeźlona. Prezydent Barack Obama cieszy się obecnie większym poparciem niż Ronald Reagan w tym samym okresie jego rządów, co stoi w jaskrawej sprzeczności z propagowanym nieustannie przekonaniem, iż wszyscy jesteśmy politycznie niezadowoleni. Owszem, tylko 27 proc. elektoratu uważa obecnie, że „kraj zmierza we właściwym kierunku”, ale przed dwoma laty sądziło tak tylko 17 proc. badanych, nie mówiąc już o tym, iż sondażowe pytanie ludzi o stan państwa jest niezbyt dobrym miernikiem ogólnego nastroju wyborców. Indagowani zwykle wiążą tenże stan ze swoimi osobistymi sytuacjami, niekoniecznie związanymi z kondycją kraju, takimi jak bezrobocie, rodzinne tragedie, sytuacja finansowa rodziny itd.

Kim zatem są ludzie rzeczywiście rozsierdzeni? Wydaje się, że są to wyborcy znajdujący się na dalekich peryferiach standardowej amerykańskiej polityki. Z jednej strony Trump cieszy się poparciem białych, konserwatywnych, lekko anarchizujących facetów, którym wszystko się nie podoba, a głównie to, iż w Białym Domu od 8 lat mieszka człowiek czarnoskóry i że nieunikniona globalizacja gospodarki zabrała im wiele uprzednio bezpiecznych miejsc pracy, przede wszystkim w takich gałęziach przemysłu jak górnictwo i metalurgia. Z drugiej zaś strony „rewolucję” Sandersa zbudowali głównie ludzie młodzi, którym marzy się wprowadzenie w Ameryce szwedzkiego socjalizmu, co jest zupełnie niemożliwe, przynajmniej na razie, a co od początku przejawiało się tym, iż składał wyborcom obietnice, których nie sposób w żaden sposób dotrzymać.

Od wielu dekad wiadomo, że Ameryka to kraj politycznie centrystyczny, w którym na kompletne przegięcia w którąkolwiek stronę jest bardzo mało miejsca. I zwykle jest tak, że – niezależnie od dramatycznych kłótni w trakcie niezwykle długiego sezonu wyborczego – w listopadowy wtorek, gdy ludzie stają w końcu przed urnami, przeważają rozsądek, umiarkowane i poczucie wspólnej odpowiedzialności za dalsze losy tej Unii. Mam nadzieję, że tak będzie również tym razem, choć – jak powszechnie wiadomo – w polityce możliwe jest w zasadzie wszystko. W każdym razie wątpię, by większość wyborców kierowała się w tym roku przypisywaną im powszechnie irytacją.

Andrzej Heyduk

fot.David Maxwell/EPA

Categories: Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*