Widowisko

fot.Tannen Maury/EPA

fot.Tannen Maury/EPA

W miejscu mojego zamieszkania, tj. w stanie Indiana, ludzie zdają się gremialnie unikać szafowania swoimi wyborczymi preferencjami. Zwykle na kilka dni przed wyborami trawniki przed domami usiane są tablicami z nazwiskami popieranych kandydatów. Na sporej ilości samochodów widnieją podobne w treści nalepki. Ale nie w tym roku.

W mojej okolicy politycznych sloganów przed domami praktycznie w ogóle nie ma, a kierowców ujawniających naklejkami na zderzakach swoje poparcie dla jednego z kandydatów można policzyć na palcach jednej ręki. Jest to szczególnie wymowne w Indianie, która jest stanem niezwykle konserwatywnym. To właśnie tu tablice zachęcające do głosowania na Trumpa powinny być wszędzie. Tymczasem wydaje się wręcz, że znaczna część elektoratu unika jak ognia publicznego identyfikowania się z ludźmi, którzy kandydują w tym roku do urzędu prezydenta. Przyczyna tego zjawiska jest w miarę oczywista. Zarówno Donald Trump jak i Hillary Clinton nie budzą u nikogo większego entuzjazmu. Oboje noszą na sobie wielki bagaż „negatywów”. Innymi słowy, są to kandydaci, którzy w starciu z jakimkolwiek standardowym, rozsądnym, w miarę popularnym, centrystycznym i uczciwym politykiem nie mieliby większych szans.

W tym kontekście tegoroczne wybory są widowiskiem bardzo smutnym. Zadziwiające jest to, że w kraju liczącym sobie ponad 300 milionów ludzi do ostatecznej walki o Biały Dom wybrano akurat Trumpa i Clinton. Są to po prostu kandydaci mierni, choć ich miernota ma inne dla każdego z nich podłoże. Trump jest nacjonalistycznym narcyzem bez pojęcia o czymkolwiek, który skutecznie obudził u wielu Amerykanów najgorsze, zwykle głęboko skrywane emocje. Za jego sprawą z wielu zatęchłych zakamarków amerykańskiej polityki wylazły na publiczną scenę odwieczne demony rasizmu, wstecznictwa, etnicznych uprzedzeń i bajek o powrocie do „starej, dobrej Ameryki”, czyli wyłącznie białej i wyłącznie chrześcijańskiej. Dość powiedzieć, że nagle członkowie skrajnych organizacji, piejący od lat pokątnie o białej supremacji, nagle znaleźli w Trumpie bohatera, który wyzwoli ich z bolesnej marginalizacji.

Z drugiej strony Clinton, której kariera polityczna liczy już sobie trzy dekady, po drodze nazbierała wiele mniej lub bardziej zasłużonych „łat” i dziś jawi się wielu Amerykanom jako osoba, do której nie można mieć zaufania i która ma zwyczaj nie mówienia nigdy całej prawdy. Tak oto Ameryka stoi w obliczu ewentualnego wyboru, po raz pierwszy w historii, kobiety na stanowisko prezydenta, ale nikt nie zdradza z tego powodu większego entuzjazmu. W porównaniu do powszechnej ekscytacji jaką budziła kandydatura Baracka Obamy w roku 2008, obecna kampania wyborcza przypomina raczej pogrzebową stypę, której goście marzą o tym, by jak najszybciej pójść do domu i o wszystkim zapomnieć.

Dla ogromnej części elektoratu amerykańskiego tegoroczne głosowanie polegać będzie na wyborze mniejszego zła. Taka sytuacja nigdy nie jest dobra ani dla demokracji, ani dla zaangażowania politycznego narodu, który zanim jeszcze kampania się rozpoczęła zdradzał bardzo niskie mniemanie o politykach i sprawności działania poszczególnych organów władzy federalnej.

Niezależnie od tego, kto ostatecznie wprowadzi się do Białego Domu, wszystkim nam pozostanie na długo gorzkie wspomnienie o tym, jak nędzna, podła i beztreściowa była tegoroczna walka wyborcza i jak wiele słabości współczesnej Ameryki obnażyła.

Andrzej Heyduk

Categories: Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*