Mit niezależności

Mit niezależności

Jak sugerują sondaże opinii publicznej, 43 proc. amerykańskich wyborców określa się mianem „niezależnych”, czyli takich, którzy nie są formalnie związani z jakąkolwiek partia polityczną i którzy swoje wyborcze decyzje podejmują w ostatniej chwili, czasami tuż przed momentem głosowania. To o tej części elektoratu bardzo często rozprawia się w różnych programach telewizyjnych, przypisując jej rolę ważnego decydenta w procesie wybierania nowego prezydenta USA.

Jednak ta domniemana niezależność to w większości mit. Zgodnie z ogólnie przyjętą definicją politycznej niezależności przeciętnego wyborcy, ja również zaliczam się do tej grupy, ponieważ nigdy nie byłem formalnie związany z żadną partią polityczną, ani też nie zamierzam tego stanu rzeczy zmieniać. Jest to jednak niezależność w znacznej mierze pozorna, co wynika z amerykańskiego systemu politycznego, w którym przynależność do partii politycznej jest w większości wynikiem deklaracji, a nie posiadania legitymacji.

Ze swojej strony bynajmniej nie zamierzam podejmować żadnych decyzji wyborczych w ostatniej chwili. Co więcej, już dawno zdecydowałem, na kogo będę głosować w listopadzie i w zasadzie nikt i nic nie jest w stanie moich zamiarów zmienić, a zatem w moim przypadku wydarzenia następnych stu dni nie będą zbyt ważne. Polityczne wiece, telewizyjne debaty, mniej lub bardziej urojone skandale – kompletnie bez znaczenia. I ważne jest to, że moja postawa nie jest wcale wyjątkowa.

Szacuje się, że już dziś 95 proc. wyborców wie dokładnie, na kogo odda głos. Oznacza to, że cały ten medialny tumult, którzy towarzyszyć nam będzie codziennie aż do listopadowego wtorku tak naprawdę adresowany jest do bardzo niewielkiej grupy „chorobliwie niezdecydowanych”, czyli wszystkich tych, którzy nadal nie do końca wiedzą, „co jest grane”.

Gdyby tegoroczni kandydaci różnili się od siebie tylko nieznacznie i gdyby reprezentowali sobą podobne temperamenty, ich wahania aż do samego końca byłyby do pewnego stopnia zrozumiałe. Jednak akurat w tym roku z pewnością tak nie jest. Jeśli zatem ktoś nadal nie wie, kogo poprzeć, zapewne już nigdy nie będzie wiedział, a podjęta przy urnie decyzja nie może być zbyt racjonalna.

Być może fakt ten nie ma większego znaczenia. Jednak nie sposób nie zauważyć, że media traktują „niezależnych wyborców” jak półbogów, którymi trzeba się nieustannie przejmować. W nieskończoność analizuje się to, co muszą zrobić Donald Trump i Hillary Clinton, by zyskać sobie ich sympatię i by się im w jakiś sposób nie narazić. Sugeruje się w ten sposób – błędnie – że 43 proc. elektoratu może w każdej chwili zmienić zdanie, przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść jednej ze stron, spowodować jakiś elekcyjny szok, itd. Prawda jest jednak zupełnie inna. Prawdziwy bój toczy się tylko o głosy garstki ludzi, którzy wcale nie muszą decydować o ostatecznym wyniku wyborów, choć oczywiście mogą, szczególnie wtedy, gdy przewaga jednego kandydata nad drugim jest minimalna.

Znany konserwatywny komentator, George Will, który przed miesiącem opuścił szeregi Partii Republikańskiej i stał się tym samym wyborcą niezależnym, został zapytany o to, czy należy do grona undecided voters. „A nad czym tu się jeszcze zastanawiać” – odparł. No właśnie, nad czym?

Andrzej Heyduk

fot.Justin Lane/EPA

Categories: Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*