Głową w mur

Głową w mur

Pomieszczenie zwane Oval Office, czyli Gabinet Owalny, zajmuje w amerykańskiej polityce szczególne miejsce. Jest to główne biuro prezydenta, który zwykle urzęduje za zabytkowym biurkiem Resolute Desk, które zostało zbudowane przez brytyjskich rzemieślników z dębowego drewna i podarowane Ameryce za czasów prezydenta Rutherforda B. Hayesa w roku 1880.
Każdy prezydent może zza tego biurka wygłaszać przemówienia do narodu, co zdarza się dość rzadko i zwykle wiąże się z jakimiś ważnymi i dramatycznymi wydarzeniami. Przemówienia takie nazywają się oficjalnie Oval Office Address i obdarzone są szczególną symboliką i znaczeniem. W roku 1962 prezydent John F. Kennedy przemówił do Amerykanów, by ich poinformować o tzw. kryzysie kubańskim, który zawiódł świat na skraj wojny nuklearnej. Ronald Reagan wygłosił w roku 1986 przemówienie po katastrofie wahadłowca kosmicznego Challenger. Natomiast George W. Bush zasiadł za brytyjskim biurkiem, by po atakach terrorystycznych 11 września 2001 roku uspokoić mocno przerażoną Amerykę.
Do tej listy pamiętnych wystąpień w Gabinecie Owalnym dołączył właśnie Donald Trump, który wygłosił 9-minutowe przemówienie o płocie za ponad pięć miliardów dolarów. Nie powiedział absolutnie nic nowego, a jedynie raz jeszcze opisał całkowicie zmyślony kryzys wzdłuż południowej granicy kraju, który zagraża rzekomo bezpieczeństwu narodowemu, ponieważ hordy rozwścieczonych przestępców usiłują wedrzeć się do USA z Meksyku, by nas gwałcić, grabić i mordować. W rzeczywistości żadnego dramatu na granicy nie ma, poza tym, że po jej meksykańskiej stronie tkwią od paru tygodni tysiące ludzi (w większości rodziny z Gwatemali, Hondurasu i Dominikany), którzy czekają na możliwość złożenia podania o azyl w USA.
Trump wykorzystał najważniejszą trybunę świata, by powtórzyć głupoty, które wygłasza od wielu tygodni. Adresował je nie do całej Ameryki, która jego płotu w większości nie chce, lecz do 30 proc. swoich najbardziej fanatycznych zwolenników, którzy wierzą we wszystkie jego słowa, nawet wtedy, gdy składają się one w kłamstwa i wierutne bzdury, co jest zjawiskiem codziennym.
Następnego dnia po przemówieniu z Gabinetu Owalnego wódz udał się osobiście do granicznego miasta McAllen w Teksasie, by gospodarskim okiem przyjrzeć się dramatycznej inwazji z południa. Problem w tym, iż jest to dość zaciszna mieścina, oddzielona rzeką Rio Grande od meksykańskiego miasta Reynosa, gdzie jest oficjalne przejście graniczne, w okolicach którego absolutnie nic szczególnego się nie dzieje. Ponadto, jak wynika ze statystyk, poziom przestępczości jest tam dwa razy mniejszy niż w Waszyngtonie, a zatem prawdopodobieństwo, że ktoś mógłby tam podwędzić Air Force One, jest małe. Wszystko to słabo przystaje do narracji o wielkim kryzysie, który wymagałby korzystania z pomocy sił zbrojnych. Nic zatem dziwnego, że Trump wyznał nieoficjalnie dziennikarzom przed wyjazdem do Teksasu, iż jego wizyta w McAllen „absolutnie niczego nie zmieni”, ale i tak pojedzie, bo jego doradcy nalegają.
Nie rozumiem, dlaczego Biały Dom nie wynajął potajemnie kilkunastu latynoskich rozbójników, którzy w wyznaczonym momencie mogliby wywołać na granicy jakieś zamieszki. W końcu skoro cały ten kryzys to totalny pic, dlaczego złoczyńcy z południa mieliby być prawdziwi?

Andrzej Heyduk

Andrzej Heyduk
Pochodzi z Wielkopolski, choć od dzieciństwa związany z Wrocławiem. W USA od 1983 roku. Z wykształcenia anglista (Uniwersytet Wrocławski), językoznawca (Lancaster University w Anglii) oraz filozof (University of Illinois). Dziennikarz i felietonista od 1972 roku – publikował m. in. w tygodniku „Wprost”, miesięczniku „Scena”, gazetach wrocławskich, periodyku „East European Journal”, mediach polonijnych, dzienniku „Fort Wayne Journal”. Autor słownika pt.: „Leksykon angielskiej terminologii komputerowej” (1991) oraz anglojęzycznej powieści pt.: „The Breslau Conspiracy” (2014).

 

fot.SHAWN THEW/EPA-EFE/REX/Shutterstock

Categories: Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*