Gitmo dla koni

fot.Unsplash/pixabay.com

fot.Unsplash/pixabay.com

Coraz częściej wydaje mi się, że Stany Zjednoczone stają się krajem mocno zagubionym, uwikłanym w dość poplątane i często niemożliwe do wytłumaczenia priorytety. Niedawno pojawiła się na przykład wieść o tym, że „rządowa rada doradcza” poparła projekt uśmiercenia przez federalną agencję o nazwie Bureau of Land Management prawie 45 tysięcy dzikich koni. Jest to rzekomo konieczne dlatego, że koni jest za dużo, zbyt szybko się rozmnażają, a poza tym ich pola pastewne potrzebne są hodowcom krów.

Prawdą jest to, że dzikie konie w Ameryce nie posiadają żadnych naturalnych wrogów w świecie zwierząt, a zatem ich populacja może bardzo szybko rosnąć. Jednak dane statystyczne mówią coś zupełnie innego. Przed rokiem 1970 po otwartych przestrzeniach zachodnich stanów USA wędrowało prawie 300 tysięcy mustangów. Dziś jest ich zaledwie 50 tysięcy, a zatem likwidacja 45 tysięcy jest praktycznie jednoznaczna z bezsensownym koniobójstwem.

Teoretycznie agencja BLM ma wyłapywać „nadmiar” koni i umieszczać zwierzęta w specjalnych zagrodach, gdzie czekają one na ewentualnych nabywców. W praktyce jest tak, że zwierzęta tkwią na ogrodzonych terenach miesiącami i latami, często cierpiąc z powodu upałów i braku przestrzeni. Innymi słowy są skazańcami w końskiej wersji Guantanamo – perspektyw ich uwolnienia nie ma, a wszelkie inne możliwości nie są specjalnie ponętne.

Choć szefowie BLM zapewniają, że konie nie są sprzedawane na ubój, bywa tak, że ranczerzy kupują te zwierzęta, a zaraz potem wysyłają je do rzeźni w Meksyku. Na tereny „oczyszczone” z dzikich koni wprowadzają się natychmiast wielkie stada bydła, należące do koncernów sprzedających hurtowniom ogromne ilości wołowiny.

Nie wiem jak Czytelnicy, ale ja jestem gotów w każdej chwili wyrzec się jedzenia steków na rzecz zachowania tradycji i w imię ochrony środowiska naturalnego. W wielu krajach zachodnie tereny USA nadal stanowią swoistą legendę, której zasadniczym elementem są niezmierzone prerie, bizony i dzikie konie. Niestety legenda ta oddala się w szybkim tempie od rzeczywistości.

Choć dzikie konie istnieją w wielu zakątkach naszego globu, nawet w Europie, los amerykańskiego mustanga jest najsmutniejszy. Jeszcze w czasach tzw. Dzikiego Zachodu dzikich koni było ponad półtora miliona. Potem jednak ich populacja zaczęła szybko maleć, gdyż zwierzęta te były systematycznie zabijane, czasami na mięso, jak to było w okresie I wojny światowej, a często dla surowca na paszę dla innych zwierząt lub nawozy. Dopiero w roku 1971 zatwierdzono w USA ustawę zakazującą dręczenia i zabijania dzikich koni.

Dziś jednak mają one zostać masowo uśmiercone z woli rządu federalnego, co jest szokujące. Liczne organizacje protestują i domagają się od BLM odrzucenia rekomendacji w sprawie uboju koni. Nikt nie wie, jak się ten spór skończy, ale sprawa zasługuje na nagłośnienie. W kociokwiku kampanii wyborczej i tysięcy innych wydarzeń często zapominamy o tym, że liczą się też inne sprawy. A te, które dotyczą tradycji i ogólnego wizerunku kraju, są najważniejsze.

Andrzej Heyduk

Categories: Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*