Dyktatura emerytów

W kontekście toczącej się obecnie prezydenckiej kampanii wyborczej często słychać narzekania na to, iż pieniądze odgrywają zdecydowanie za dużą rolę w amerykańskiej polityce. Mówi się na przykład o tym, że poważnym kandydatem w jakichkolwiek wyborach na szczeblu stanowym lub federalnym musi być albo człowiek bogaty, albo też posiadający dostęp do bogactwa innych, czyli środków pochodzących od szczodrobliwych sponsorów. Wystarczy przyjrzeć się obecnej stawce kandydatów, by szybko dojść do wniosku, iż nie są to ludzie klepiący biedę. Większość z nich to osoby dość majętne, nie wyłączając „socjalisty” ze stanu Vermont, czyli Berniego Sandersa. Powszechne jest przekonanie o tym, że wybory w USA to rozrywka dla bogatych, a nie dla mas. Opinie tego rodzaju są z pewnością uzasadnione, ale akurat w tym roku jest nieco inaczej.

Jeb Bush, jedyny w miarę normalny (prócz Johna Kasicha) kandydat republikański, postrzegany był od samego początku jako faworyt i szybko zgromadził kapitał wyborczy w wysokości 180 milionów dolarów. Mimo to absolutnie niczego nie był w stanie zdziałać i przed kilkoma dniami porzucił ostatecznie marzenia o przeprowadzce do Białego Domu. Po drugiej stronie „barykady” wspomniany już Bernie Sanders, o którym jeszcze przed kilkoma miesiącami nikt nie słyszał i który nie posiada środków, jakimi dysponuje Hillary Clinton, stał się w obecnej kampanii liczącym się graczem, choć na jego ostateczny sukces raczej się nie zanosi. Wreszcie Donald Trump, człowiek dość zamożny, znajduje się na czele republikańskiej stawki kandydatów, mimo że na wybory wydaje bardzo niewiele pieniędzy, licząc na rozgłos nadawany przez media jego szokującym wypowiedziom.

Wynika z tego dość prosty i w pewnym sensie krzepiący wniosek – urzędu wybieralnego w USA nadal nie da się po prostu kupić, nawet jeśli niektórym kandydatom wydaje się, że tak właśnie jest. Trzeba jeszcze mieć coś do powiedzenia i coś do zaoferowania. Faktem jest to, że często owa oferta jest bulwersująca, ale w ostatecznym rozrachunku nie ma to większego znaczenia. Liczy się fakt, iż pieniądze nie są automatycznym kluczem do wyborczego sukcesu. Nie zmienia to wprawdzie faktu, iż ludzie ubodzy raczej nie mają czego szukać w amerykańskiej „wielkiej” polityce, ale z drugiej strony nawet bracia Koch nie są w stanie swoim majątkiem kontrolować Ameryki, choć bardzo by chcieli.

Niestety z nieco innego punktu widzenia, góry gotówki w amerykańskiej polityce pozostają szkodliwe. Z badań przeprowadzonych w roku 2014 wynika, że 500 najbardziej hojnych sponsorów kandydatów do stanowisk różnego szczebla to w ogromnej większości biali mężczyźni w wieku powyżej 65 lat. Jest to fakt mocno niepokojący, ponieważ sugeruje, że to właśnie tacy ludzie, którzy z pewnością nie stanowią większości amerykańskiego społeczeństwa, w znacznej mierze decydują o tym, kto w ogóle staje w szranki wyborcze i jakie reprezentuje poglądy. Trudno się spodziewać, by biali emeryci stanowili jakiś reprezentatywny fragment amerykańskiego elektoratu. A jednak to oni w znacznej mierze decydują o tym, kto ubiega się o najwyższe stanowiska w państwie. Na szczęście już wkrótce dołączę do tej grupy rasowo-wiekowej. Brakuje mi tylko pieniędzy.

Andrzej Heyduk

fot.Michael Reynolds/EPA

Categories: Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*