Dwója z konstytucji

Donald Trump fot.Andrew Gombert/EPA

Donald Trump fot.Andrew Gombert/EPA

W styczniu 2017 roku Donald Trump położy rękę na Biblii i przysięgnie, że będzie przestrzegał postanowień konstytucji oraz będzie ich bronił przez zagrożeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Jest tylko jeden mały problem. Niemal pewne jest to, że przyszły prezydent wie bardzo niewiele o tym, co ten dokument zawiera i co z tego wynika. Sam zresztą tego dowiódł na mocy swojej niedawnej wypowiedzi, w której wyraził pogląd, że ludzie palący flagi amerykańskie powinni być karani, np. przez odbieranie im obywatelstwa.

Propozycja ta jest z gruntu idiotyczna z dwóch konstytucyjnych powodów. Po pierwsze, w ramach decyzji Sądu Najwyższego z 1990 roku potwierdzono, że palenie flagi jest przejawem wolności słowa, a co za tym idzie jest chronione przez pierwszą poprawkę do konstytucji. Antonin Scalia, podobno jeden z ulubionych sędziów Trumpa, argumentował wtedy, że demokracja polega między innymi na tym, iż pojęcie wolności słowa jest nienaruszalne, nawet jeśli zawarty w tych słowach przekaz jest dla niektórych obraźliwy, bulwersujący, czy też niemożliwy do zaakceptowania. W związku z tym za podpalanie amerykańskich flag nie można nikogo w żaden sposób karać, chyba że Sąd Najwyższy w przyszłości zmieni zdanie, co jest praktycznie niemożliwe.

Po drugie, w wyniku innej decyzji Sądu Najwyższego, z roku 1967, odebranie komukolwiek amerykańskiego obywatelstwa bez zgody samego zainteresowanego jest pogwałceniem czternastej poprawki do konstytucji, a zatem uważane jest za niemożliwe do przeprowadzenia. Dotyczy to zarówno rodowitych Amerykanów, jak i tych osób, które dostały obywatelstwo w drodze naturalizacji. W tym drugim przypadku obywatelstwo może zostać unieważnione, ale tylko wtedy, gdy obdarzona nim osoba złożyła w procesie naturalizacji fałszywe zeznania, np. ukryła przeszłość kryminalną, przynależność do partii faszystowskich lub komunistycznych, współpracę z ludobójcami itd.

Sądowa decyzja w sprawie obywatelstwa była wynikiem procesu, jaki Departamentowi Stanu wytoczył Żyd polskiego pochodzenia, Beys Afroyim. Wyemigrował on do USA w latach 20. i stał się naturalizowanym Amerykaninem, jednak po pewnym czasie postanowił osiedlić się wraz z żoną w Izraelu, gdzie głosował w wyborach do Knesetu. Gdy jego małżeństwo rozpadło się, zapragnął wrócić do USA, ale Departament Stanu odmówił odnowienia ważności jego paszportu, uznając iż stracił on obywatelstwo przez wzięcie udziału w wyborach w obcym kraju. Sąd przychylił się do argumentacji jego prawników i uznał, że Afroyim był nadal obywatelem USA.

Warto wspomnieć, że w roku 1990 Departament Stanu dokonał dodatkowych zmian w przepisach dotyczących obywatelstwa i od tego czasu utrata tegoż obywatelstwa jest w zasadzie niemożliwa, poza kilkoma rzadko zdarzającymi się przypadkami. Innymi słowy, Donald Trump może sobie snuć marzenia o potędze i grozić, że będzie karał ludzi za palenie flag utratą obywatelstwa, ale w praktyce nie będzie w stanie niczego takiego zrobić. To, że zdaje się o tym fakcie nie wiedzieć, jest dość niepokojące. Ma jeszcze czas, by ustawę zasadniczą chociaż raz w całości przeczytać, ale szanse na tak heroiczny wyczyn z jego strony, wymagający skupienia się na czymś przez więcej niż 60 sekund, uważam za nikłe.

Categories: Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*