Drapieżny emeryt

Drapieżny emeryt

Byli prezydenci i wiceprezydenci USA zwykle nie krytykują urzędujących lokatorów Białego Domu, gdyż nie należy to do dobrego tonu. Jednak jest jeden emeryt, który tymi niepisanymi zasadami savoir-vivre się nie przyjmuje. Dick Cheney systematycznie wygłasza drapieżne komentarze na temat Baracka Obamy i nie stroni od deklaracji na temat tego, co on by zrobił na miejscu prezydenta.

Gdyby krytyka ze strony dzielnego Dicka dotyczyła jakichś problemów społecznych, imigracji, czy też systemu ubezpieczeń lekarskich, można by to jeszcze jako tako zrozumieć. Jednak Cheney wypowiada się głównie o bezpieczeństwie USA, wojnach i walce z terroryzmem. I to jest poważny problem – były wiceprezydent w tej akurat tematyce jest najmniej wiarygodnym opiniodawcą, jakiego można sobie wyobrazić.

Ostatnio, tuż przed wystąpieniem telewizyjnym Obamy na temat strategii walki z Państwem Islamskim, Cheney ponownie zaatakował prezydenta i stwierdził, że za jego rządów Ameryka zaniedbała walkę z terrorystami. Ponadto wyraził przekonanie, iż kraj jest zupełnie nieprzygotowany do walki z takimi zagrożeniami jak ISIS z powodu ostrych cięć w budżecie Pentagonu.. No i na zakończenie, gwóźdź programu – teza, że siła i agresywność organizacji ISIS to rezultat „błędnej polityki bliskowschodniej Obamy”.

Opinie Dicka to czyste brednie. Za rządów Obamy nie doszło do żadnego poważnego, zorganizowanego ataku terrorystycznego w USA, a te, które się wydarzyły, np. atak na bieg maratoński w Bostonie, były dziełem pojedynczych „entuzjastów” terroru. W ramach domniemanego „zaniedbywania” walki z terrorem Ameryka wytropiła i zabiła Osamę Bin Ladena, a w Pakistanie i Jemenie ofiarami ataków amerykańskich dronów są często kluczowe postacie organizacji terrorystycznych. Ataków tych jest zresztą znacznie więcej niż za rządów George’a W. Busha.

Jeśli chodzi o budżet Pentagonu, propozycja na rok 2015 opiewa na sumę 495,6 miliardów dolarów, czyli zaledwie o pół miliarda mniej niż przed rokiem. Owszem, wydatki na cele militarne spadły w latach 2009-12, ale wynikało to głównie z ogólnych trudności finansowych w kontekście globalnej recesji, a nie z jakiegoś konkretnego programu obniżania wydatków na cele militarne.

Najzabawniejszy jest jednak pogląd byłego wiceprezydenta na temat genezy powstania ISIS-u. Organizacja ta wykształciła się z radykalnych ugrupowań sunnickich, które zaczęły powstawać niemal natychmiast po inwazji amerykańskich sił zbrojnych na Irak. Najpierw był to zbiór niepowiązanych ze sobą ugrupowań, a potem zrobiła się z tego „Al-Kaida w Iraku”, która ostatecznie przerodziła się w ISIS. Nie trzeba chyba nikomu przypominać o tym, że to właśnie Dick Cheney, pospołu ze swoją kliką prowojennych jastrzębi, sprezentował nam kompletnie idiotyczną i niczym nieuzasadnioną wojnę, która pochłonęła miliardy dolarów, uśmierciła tysiące ludzi i zasiała na Bliskim Wschodzie niestabilność i radykalizm. Jeśli zatem Cheney chce znaleźć winnego za powstanie ISIS-u, wystarczy, że spojrzy na siebie przy goleniu w lustrze.

Krytykując prezydenta Dick nigdy nie proponuje żadnych konkretów jeśli chodzi o program działania. Nie musi, bo i tak powszechnie wiadomo, że jego zdaniem większość konfliktów na świecie należy rozwiązywać siłą, czyli na drodze wojny. A jeśli czasami wojna jest niemożliwa, to należy uciekać się do militarnego szantażu. Problem w tym, że strategia ta została kompletnie skompromitowana w latach 2000-2008, przy znacznym zaangażowaniu ze strony Cheney’a. Szkoda, że były wiceprezydent nie stosuje dziś innej, ważnej strategii – siedzenia cicho.

Andrzej Heyduk

Na zdjęciu: Dick Cheney fot.Jim Lo Scalzo/EPA

Categories: Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*