Czas na inną Amerykę

Czas na inną Amerykę

Dość wyświechtany slogan od lat mówi o tym, że Ameryka jest „policjantem współczesnego świata”, czyli że jako jedyne w zasadzie supermocarstwo musi od czasu do czasu interweniować w różnych miejscach świata, ponieważ nikt inny nie jest w stanie tego zrobić. Jednak z przyczyn od USA niezależnych funkcja tegoż policjanta przez ostatnie dwie dekady poważnie się zmieniła.

Przed rozpadem bloku komunistycznego można było mówić o dwóch supermocarstwach. Zimna wojna była wprawdzie uciążliwa, a czasami niezwykle groźna, ale jasno definiowała wraże strony i dzieliła świat na strefy wpływów. Dziś jest zupełnie inaczej. Obecna supermocarstwowość Ameryki stała się unikalna, co spowodowało niestety, że wspomniany policjant zaangażowany został nagle do obowiązków, którym nie jest w stanie podołać.

Stany Zjednoczone zaczęły nie tylko interweniować w przypadku różnych konfliktów zbrojnych, ale uznały, że zadaniem kraju jest również budowa demokracji, naprawianie zepsutych społeczeństw, tworzenie instytucji politycznych itd. Intencje stojące za tego rodzaju poczynaniami są zwykle dobre, a może nawet szlachetne, ale skutki bywają opłakane.

W ciągu ostatnich 20 lat Amerykanie interweniowali w Somalii, na Haiti, w Bośni, Kosowie, Iraku, Libii i Afganistanie. O ile militarna część tych interwencji niemal zawsze kończy się sukcesem, wszystko inne zdaje się być klęską. Marzenia o zbudowaniu w tych krajach sprawnie funkcjonujących, otwartych demokracji pozostają marzeniami. Nie powinno to nikogo dziwić – narzucanie obcym kulturowo i odległym geograficznie krainom waszyngtońskiej woli jest niemal z definicji skazane na porażkę.

Michael Mandelbaum, profesor nauk politycznych w John Hopkins University, wydał właśnie książkę pt. „Mission Failure: America and the World in the Post-Cold War Era”, w której argumentuje, że w roku 1991 rozpoczęła się w USA „aberracja naszej polityki zagranicznej”. To wtedy prezydent George H. Bush podjął decyzję o stworzeniu tzw. „no-fly zone” nad północnym Irakiem, co miało chronić Kurdów przed zakusami Saddama Husajna. Od tego momentu, zdaniem Mandelbauma, Amerykę o wiele mniej obchodzi to, co robią różne kraje na arenie międzynarodowej, natomiast za najważniejsze uznano wewnętrzne sprawy tychże krajów. Przekonanie o wadze zagranicznego interwencjonizmu przetrwało do dziś, a zatem polityka ta uprawiania była przez obu Bushów, Billa Clintona oraz Baracka Obamę.

W miarę jasne jest to, że wspomniana aberracja nie może trwać w nieskończoność i że prędzej czy później Ameryka musi stać się innym supermocarstwem, być może bardziej tradycyjnym, czysto policyjnym, a nie „wtrącalskim”. Jeśli jednak tak się stanie, powstaje natychmiast istotne pytanie: kto i jak może uratować te kraje, które zdają się nie być zdolne do samodzielnego kontrolowania swoich spraw? W jaki sposób można, bez wtrącania się w wewnętrzną politykę tychże krajów, zapobiec masowemu exodusowi zdesperowanych ludzi do Europy i USA?

Na razie nikt nie zna odpowiedzi na te pytania. Jednak pewne jest to, że następny prezydent USA będzie musiał te odpowiedzi znaleźć i nie będzie to niestety łatwe zadanie.

Andrzej Heyduk

fot.Michael Reynolds/EPA

Categories: Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*