Bo to się zwykle tak zaczyna…

Bo to się zwykle tak zaczyna…

Przed laty, jeszcze w szkole średniej, często zastanawiałem się w kontekście lekcji historii i licznych filmów dokumentalnych, jak to się stało, że niemiecki naród tak kompletnie i bez zastrzeżeń uległ w latach 20. i 30. minionego stulecia woli Adolfa Hitlera i pogrążył się w faszystowskim fanatyzmie, który zaprowadził Niemcy i świat do totalnej katastrofy. Trudno jest sobie dziś wyobrazić, w jaki sposób liczni światli i dobrze wykształceni Niemcy „kupili” osobowość führera i jego szaleńczy program. Ostatnio jednak wszystko to staje się w USA o wiele bardziej zrozumiałe.

Po roku 1919, czyli po podpisaniu Traktatu Wersalskiego, ostatecznie kończącego I wojnę światową, w Niemczech dominowało poczucie krzywdy i poniżenia, okraszone dodatkowo niekończącymi się problemami ekonomicznymi. W wielu kręgach niemieckiego społeczeństwa panował powszechny pesymizm, który czasami przejawiał się niemal jak publiczna desperacja. Ludzie tęsknili za „starymi, dobrymi czasami”, w których z Niemcami musiał się liczyć cały świat i w których wszystkim wiodło się w miarę dobrze.

To właśnie wtedy na scenie publicznej pojawił się zadufany w sobie wieszcz. Zaczął zapewniać, że jest w stanie przywrócić narodowi dawną świetność, obdarzyć go ponownie międzynarodowym prestiżem, opartym na sile i zdecydowaniu, oraz zlikwidować szybko wszystkie problemy gospodarcze. Rzucał w zachwycony plebs populistycznym mięsem, a jednocześnie ostrzegał przed wszystkimi tymi, którzy zagrażali rzekomo krajowi: Żydami, Słowianami, Cyganami, komunistami, ludźmi ułomnymi i niepoczytalnymi itd. Tylko i wyłącznie pod jego przewodnictwem – argumentował – Niemcy zostaną uratowane i staną się ponownie dumną z siebie potęgą.

Masy chłonęły te hegemonistyczne, nacjonalistyczne bzdury bez żadnych zastrzeżeń, natomiast różnego rodzaju elity intelektualne i polityczne przez pewien czas się wahały, ale ostatecznie w większości uległy ogólnonarodowemu szałowi, który wydawał się nie mieć granic.

Współczesna Ameryka to na szczęście nie Niemcy z lat 20., a Donald Trump to nie Hitler. Jednak polityczny mechanizm, z którym mamy od lata ubiegłego roku do czynienia, do złudzenia przypomina ten, który w ruch wprawiła partia NSDAP. Ten sam entuzjazm „trumpistów” i to samo zaślepienie. Te same zagrywki, obliczone na zyskanie poparcia wszystkich co bardziej zirytowanych Amerykanów. Te same sny o potędze i narodowym przebudzeniu. Te same „zagrożenia” ze strony obcych, kolorowych i religijnie odmiennych. Każda fala szowinistycznego radykalizmu zawsze tak się zaczyna i niemal zawsze tak samo się kończy – fatalnie.

Być może amerykański elektorat posiada nadal odpowiednie zapasy zdrowego rozsądku, szczególnie dlatego, że jest dziś mocno zróżnicowany pod względem etnicznym i rasowym. Nie zmienia to jednak faktu, że obserwowanie obecnej kampanii wyborczej nie tylko pomaga zrozumieć to, w jaki sposób przed laty Niemcy dali się tak tragicznie nabrać, ale również jak łatwo jest zdemontować teoretycznie silną demokrację demagogią i populizmem.

Andrzej Heyduk

Na zdjęciu: Donald Trump fot.Erik S. Lesser/EPA

Categories: Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*