Bo to się zwykle tak zaczyna…

fot.Michael Reynolds/EPA

Nie trzeba być wielkim znawcą amerykańskiej polityki, by wiedzieć, że w Waszyngtonie od lat znany jest powszechnie prosty fakt – zwykle nawet największy skandal nie jest w stanie wykończyć polityka. Gwoździem do trumny niemal zawsze stają się prędzej czy później nielegalne próby tuszowania tegoż skandalu.

W czerwcu 1972 roku w waszyngtońskiej siedzibie Partii Demokratycznej, mieszczącej się w budynku zwanym Watergate, na próbie włamania przyłapano grupę pięciu rzezimieszków. Niby nic sensacyjnego, gdyby nie to, że wkrótce potem FBI wykryło powiązania tej grupy z organizacją wspierającą kampanię na rzecz reelekcji prezydenta Richarda Nixona. Biały Dom miał wtedy szansę na szybkie ukrócenie całej tej sprawy – wystarczyło znaleźć jakiegoś chętnego kozła ofiarnego, który przyznałby się do tego, iż sam zorganizował włamanie, usiłując pomóc prezydentowi, ale bez jego wiedzy.

Stało się jednak zupełnie inaczej. Nixon zaprzągł wielu swoich bliskich doradców do idiotycznego dzieła wyciszania skandalu za wszelką cenę, co ostatecznie zaowocowało popełnieniem wielu przestępstw, na czele z krzywoprzysięstwem oraz nielegalnymi próbami przejęcia przez Biały Dom pełnej kontroli nad poczynaniami FBI, a szczególnie nad śledztwem w sprawie Watergate i roli prezydenta w całej sprawie.

20 października 1973 roku miała miejsce tzw. „sobotnia masakra”, w ramach której Nixon zwolnił specjalnego prokuratora badającego sprawę Watergate, Archibalda Coxa, w wyniku czego do dymisji podali się natychmiast prokurator generalny USA oraz jego zastępca. Skutek poczynań Nixona okazał się być odwrotny od zamierzonego – nie tylko nie ukrócił śledztwa, ale spowodował burzę protestów. Zaczęło się od głupiego włamania, a skończyło się na zniszczeniu prezydentury i poważnym kryzysie konstytucyjnym.

Nie porównuję bynajmniej tego, co dzieje się dziś w Waszyngtonie z wydarzeniami sprzed niemal półwiecza. Zupełnie inny jest kontekst polityczny, w Kongresie istnieje odmienny układ sił, a zaangażowani w to wszystko politycy nie mają zbyt wiele wspólnego z „bohaterami” skandalu Watergate. Nie zmienia to jednak faktu, iż pośpieszne wyrzucenie szefa FBI Jamesa Comeya z pracy budzi natychmiast niezbyt przyjemne skojarzenia z tym, co działo się w Białym Domu za rządów Nixona.

Jeśli Donald Trump myśli, że tzw. „rosyjski skandal” skończy się dlatego, iż FBI pozyska nowego dyrektora, zapewne bardziej przyjaznego w stosunku do obecnej administracji, to się bardzo myli. Śledztwa w dość istotnej dla kraju sprawie nie da się zamieść pod dywan, a im bardziej drastyczne są próby takiego sprzątania, tym większą skalę przybiera cała afera. Zwolnienie Comeya nie tylko niczego nie wyciszy, ale niemal na pewno spowoduje zwiększone zainteresowanie tą kwestią zarówno czołowych polityków, jak i zwykłych wyborców, a pierwsze oznaki tego już są widoczne. I niemal pewne jest to, że prędzej czy później pojawi się jakiś nowy „Deep Throat”, czyli mocno wtajemniczony informator, który dojdzie do wniosku, iż udział w tym wszystkim staje się zbyt ryzykowny i że czas na wyjawienie prawdy. W krajach otwartych i demokratycznych, do których Ameryka na szczęście nadal należy, dzieje się tak zawsze i nieodwracalnie, choć czasami z opóźnieniem.

Może się oczywiście okazać, że żadnego rosyjskiego skandalu nie było i nie ma. Problem w tym, że dotychczasowe wydarzenia sugerują coś zupełnie innego. Trump zwolnił właśnie z pracy człowieka, który prowadził śledztwo w sprawie poczynań jego własnej administracji. Zwykłym Amerykanom nie przysługuje podobne prawo – nie sposób sobie wyobrazić, by ktoś podejrzany o popełnienie jakiegoś przestępstwa mógł usunąć z policji głównego śledczego.

Prezydent z pewnością pożałuje kiedyś swojej decyzji w sprawie dyrektora FBI, choć być może jeszcze o tym nie wie. Zresztą w zasadzie w ogóle niewiele wie.

Andrzej Heyduk

Andrzej Heyduk
Pochodzi z Wielkopolski, choć od dzieciństwa związany z Wrocławiem. W USA od 1983 roku. Z wykształcenia anglista (Uniwersytet Wrocławski), językoznawca (Lancaster University w Anglii) oraz filozof (University of Illinois). Dziennikarz i felietonista od 1972 roku – publikował m. in. w tygodniku „Wprost”, miesięczniku „Scena”, gazetach wrocławskich, periodyku „East European Journal”, mediach polonijnych, dzienniku „Fort Wayne Journal”. Autor słownika pt.: „Leksykon angielskiej terminologii komputerowej” (1991) oraz anglojęzycznej powieści pt.: „The Breslau Conspiracy” (2014).

Categories: Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*