Bibi kontra reszta świata

fot.Abir Sultan/EPA

fot.Abir Sultan/EPA

 

Na finiszu wyborów w Izraelu Benjamin Netanjahu, mocno zagrożony porażką, oświadczył nagle, że już nie popiera ustanowienia niezależnego państwa palestyńskiego i że tak długo, jak będzie rządził, żadnej niepodległej Palestyny nie będzie. Tym samym nie tylko zmienił swoją własną postawę, choć niektórzy od lat podejrzewali, iż była ona tylko pozorna, ale zdemolował jedyną, sensowną podstawę do prowadzenia jakichkolwiek dalszych negocjacji w sprawie wypracowania trwałego pokoju na Bliskim Wschodzie. Jego deklaracja stoi ponadto w jaskrawej sprzeczności ze stanowiskiem USA, Unii Europejskiej i Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Wszystko to jednak nie ma dla premiera Netanjahu większego znaczenia, jako że wybory wygrał i zapewne stanie na czele nowego rządu. Stawia to prezydenta Obamę w bardzo trudnej sytuacji. Pewne aspekty amerykańskiego poparcia dla Izraela, takie jak pomoc finansowa i militarna dla tego kraju, w żaden sposób się nie zmienią, bo jest to politycznie niewykonalne. Jednak niektóre rzeczy mogą się zmienić na mocy decyzji waszyngtońskiej administracji, bez konieczności konsultowania ich z Kongresem.

Skoro Bibi odrzuca zasadniczy element jakichkolwiek dalszych negocjacji z Palestyńczykami, nie ma oczywiście żadnego sensu negocjacji takich organizować. Nie ma jednak również sensu nadal zawsze i bezkrytycznie bronić Izraela na forum Rady Bezpieczeństwa. Jak dotąd Stany Zjednoczone niemal zawsze korzystały z prawa weta wtedy, gdy głosowano w sprawie rezolucji potępiających państwo żydowskie. Nie tak dawno temu USA zawetowały rezolucję na temat szkodliwości i bezprawności budowy osiedli żydowskich na terenach okupowanych. Rząd amerykański był jedynym, który sprzeciwił się tej rezolucji. W świetle “nowej” postawy Netanjahu, może się okazać, iż pogłębi się międzynarodowa izolacja Izraela, a poparcie ze strony USA na forum międzynarodowym przestanie być automatyczne i bezwarunkowe.

Prywatnie liczni wpływowi politycy w USA nie kryją, że do izraelskiego premiera żywią głęboką niechęć i uważają go za człowieka, z którym w zasadzie nie ma po co rozmawiać o jakichkolwiek rozwiązaniach pokojowych. Publicznie natomiast dojdzie zapewne wkrótce do bardzo ważnej dyskusji o tym, co słowa Netanjahu o lekceważeniu niepodległościowych aspiracji Palestyńczyków znaczą. Bo jeśli nie ma mowy o utworzeniu państwa palestyńskiego, jakie inne alternatywy może Bibi zaoferować? Okupację po wsze czasy? Wysiedlenie wszystkich Arabów i aneksję Zachodniego Brzegu Jordanu? Każda z takich alternatyw jest potencjalnie katastrofalna, nie tylko dla Palestyńczyków, ale również dla Izraela, gdyż prowadzi nieuchronnie do rozważań o sensowności dalszego istnienia państwa żydowskiego, a może nawet o sensowności jego pierwotnego utworzenia.

Izrael jest dziś krajem bardzo podzielonym, spolaryzowanym i przeżywającym dotkliwe trudności ekonomiczne. Nad wszystkim tym góruje jednak od lat największy problem, czyli tzw. sprawa palestyńska. Bez jej rozwiązania trudno sobie wyobrazić przyszłość obu zwaśnionych stron. A jednak od prawie półwiecza świat, łącznie z USA, nie jest w stanie nic w tym względzie zrobić. Netanjahu właśnie oddalił i tak nikłe szanse na jakiekolwiek porozumienie, dając jednocześnie do zrozumienia Ameryce, że się jej poglądami zupełnie nie przejmuje.

Andrzej Heyduk

Categories: Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*