Wszystkich Świętych

Wszystkich Świętych

W latach 50. byłem dzieckiem i mieszkałem w Chicago, a dzień Wszystkich Świętych, dzień pamięci o tych, którzy odeszli, nie był dla mnie dniem zbyt ważnym. Należałem do parafii św. Fidelisa, w pobliżu Humboldt Park, ale w parafii, choć składającej się głównie z Polaków i Amerykanów polskiego pochodzenia, Wszystkich Świętych nie było świętem obchodzonym uroczyście. Msza w ten dzień była smutna i wszyscy uczniowie musieli na nią pójść, ale i tak musieliśmy uczestniczyć we mszy w każdy szkolny dzień. Może tylko ksiądz wspominał we Wszystkich Świętych zmarłych, ale poza tym, nabożeństwo niczym się nie różniło. Przynajmniej niczym, co byłem w stanie wtedy zauważyć.

W Polsce Wszystkich Świętych to było zupełnie inne święto. Przynajmniej tak pamiętali je moi rodzice. Wspominali, jak wyglądał dzień Wszystkich Świętych, kiedy sami byli dziećmi. Mama opowiadała, że najpierw był uroczysty obiad, a na stole wraz z kaszą i innymi specjalnymi potrawami, ustawiane były nakrycia dla zmarłych członków rodziny. Następnie rodzina szła na cmentarz, na którym pochowani byli ich bracia, siostry, matki i ojcowie. Na grobach płonęły znicze. Zapytałem mamę, dlaczego je zapalali. Odpowiedziała, że ludzie, którzy zapalali znicze mieli nadzieję, że ich światło zaprowadzi dusze zmarłych z powrotem do ich domów, do żywych. Wieczorem na grobach płonęło już tyle zniczy, że łuna nad cmentarzem widoczna była nawet z najodleglejszych domów.

W Ameryce nie robiliśmy takich rzeczy. Byliśmy imigrantami, przesiedleńcami i uchodźcami wojennymi, a nasi zmarli byli pochowani w dalekiej Polsce, albo w tej części Polski, która stała się Ukrainą. Moja mama nie wiedziała nawet, gdzie pochowana została jej matka i siostra z dzieckiem. Żołnierze, którzy je zabili wsadzili moją mamę do wagonu towarowego i wywieźli na niewolnicze roboty do Niemiec. Kiedy czterdzieści lat po wojnie mama wróciła do swojego rodzinnego miasteczka , położonego na zachód od Lwowa, nikt nie był w stanie powiedzieć jej, w którym miejscu pochowano jej matkę i siostrę z dzieckiem.
Kiedy dorastałem, w domu niewiele mówiło się o zmarłych moich rodziców. Nie upamiętnialiśmy ich. Być może przeszłość przepełniona była zbyt dużą ilością rozpaczy, by to robić.

Jakiś czas temu, Oriana Ivy, polska poetka mieszkająca w Kalifornii, autorka tomików pt. „Kwietniowy śnieg” i „Z Nowego Świata”, przysłała mi wiersz o warszawskiej mgle i o tym, jak wyobraziła sobie powrót tych, którzy zginęli podczas wojny. Pisała tak: „Warszawa jest pełna mgły, zwłaszcza jesienią – co jest, jak zwykliśmy mawiać – „bardzo klimatyczne”, liryczne i poetyckie. A do tego te wszystkie tablice zaznaczające miejsca masowych egzekucji – można by rzec, że to nawiedzone miasto”.
Oto jej wiersz.

Zaduszki

Czasami myślę że warszawska mgła
to są polegli, którzy powracają

szukać swych dawnych domów —
chcą tylko dotknąć tych znajomych ścian.

Ale nie mogą już znaleźć tych ścian,
więc obejmują drzewa,

wierne lipy i trwałe kasztany.
Biorą w ramiona całe miasto,

mosty i kropelkami otoczone lampy;
modlą się na Placu Trzech Krzyży,

klękają wśród świec i kwiatów
pod tabliczkami co ogłaszają

jak milczące megafony:
Na tym miejscu, stu ludzi

było zastrzelonych.
Kłaniają się, całują nawet szyny kolejowe –

nie skarżą się, tylko trzymają
to co mogą, w rozwiewającej się bieli.

(tłumaczenie autorki)

All Souls’ Day

When I was a kid in the 50s growing up in Chicago, All Souls Day – the day set aside to commemorate the faithful who’ve died — wasn’t a big deal. I went to St. Fidelis, a Catholic parish near Humboldt Park, and even though the parish was pretty much made up of Poles and Polish Americans, All Souls Day didn’t seem like it was anything special. A mass was said that day that all the school kids had to go to, but we had to go to mass every school day. Sure, the priest would mention the dead at the service on All Souls Day, but beyond that there wasn’t anything different. Not that I could see.
But in Poland it was apparently different.  At least that’s what my parents used to say.  They would tell me stories about what it was like All Souls Day in Poland when they were kids.
People, my mother would tell me, would first have a really special dinner. There would be kasza and other ceremonial foods, and there would even be special plates set aside for the family members who had died. Then, the family would walk to the cemetery where their mothers and fathers, their sisters and brothers, were buried. Candles would be lit there by the graves. I asked my mom once why they did that. She told me the people who lit the candles hoped the light from them would lead the souls of the departed back to their families and homes here among the living. Sometimes at night, there would be so many candles burning on and near the graves that you could see the light shining above the cemeteries as you walked back home, even if your home was far away.
But we didn’t do that in America. We were immigrants, Displaced Persons and refugees, and all our dead were buried far away in Poland and the parts of Poland that are now the Ukraine. My mother didn’t even know where her mother and her sister and her sister’s baby were buried. The men who killed them put my mother on a boxcar and sent her to the slave labor camps in Germany before she could bury her family. When my mom returned to her hometown west of Lwow 40 years after the war, no one could even tell her where her mom and her sister and the baby were buried.
Growing up, I didn’t hear much about my mom’s dead or my dad’s dead. We didn’t commemorate them. Maybe the past and those who died in it was just filled with too much sorrow for my parents to try to commemorate.

A little while ago, the Polish poet Oriana Ivy, now living in California — author of the books April Snow and From the New World — sent me a poem about the fog in Warsaw and how she imagines it’s the war dead coming back. She writes, “Warsaw has a lot of fog, especially in autumn — which is very ‘atmospheric,’ as we used to say — lyrical, poetic — and of course all those plaques marking the places of mass executions — you could say that it’s a haunted city.”

Here’s the poem:

All Souls Day

Sometimes I think Warsaw fog
is the dead, come back

to seek their old homes –
wanting to touch even the walls.

But they cannot find those walls,
so they embrace the trees instead,

lindens and enduring chestnuts.
They embrace the whole city, lay

their arms around the bridges
and the droplet-beaded street lamps;

they pray in the Square of Three Crosses,
kneel among the candles and flowers

under bronze plaques that say
On this spot, 100 people were shot –

they bow, they kiss
even the railroad tracks –

they do not complain, only hold
what they can, in unraveling white.

John Guzlowski

amerykański pisarz i poeta polskiego pochodzenia. Publikował w wielu pismach literackich, zarówno w USA, jak i za granicą, m.in. w „Writer’s Almanac”, „Akcent”, „Ontario Review” i „North American Review”. Jego wiersze i eseje opisujące przeżycia jego rodziców – robotników przymusowych w nazistowskich Niemczech oraz uchodźców wojennych, którzy emigrowali do Chicago – ukazały się we wspomnieniowym tomie pt. „Echoes of Tattered Tongues”. W 2017 roku książka ta zdobyła nagrodę poetycką im. Benjamina Franklina oraz nagrodę literacką Erica Hoffera, za najbardziej prowokującą do myślenia książkę roku. Jest również autorem dwóch powieści kryminalnych o detektywie Hanku Purcellu oraz powieści wojennej pt. „Road of Bones”. John Guzlowski jest emerytowanym profesorem Eastern Illinois University.

John Guzlowski’s writing has been featured in Garrison Keillor’s Writer’s Almanac, Akcent, Ontario Review, North American Review, and other journals here and abroad.  His poems and personal essays about his Polish parents’ experiences as slave laborers in Nazi Germany and refugees in Chicago appear in his memoir Echoes of Tattered Tongues.  Echoes received the 2017 Benjamin Franklin Poetry Award and the Eric Hoffer Foundation’s Montaigne Award for most thought-provoking book of the year.  He is also the author of two Hank Purcell mysteries and the war novel Road of Bones.  Guzlowski is a Professor Emeritus at Eastern Illinois University.

 

 

fot.PETER KOMKA/EPA-EFE/REX/Shutterstock

Categories: Guzlowski

Comments

  1. Joanne
    Joanne 1 listopada, 2018, 15:52

    So touching. So powerful. So moving. So heart rending!

    Reply this comment
  2. Yaroon
    Yaroon 2 listopada, 2018, 12:10

    Tu w Polsce to tak nie wzruszamy się…tutaj prawie każdy tak ma.

    Reply this comment
  3. Yaroon
    Yaroon 3 listopada, 2018, 19:01

    Mego dziadka śp. Mackiewicza Niemcy za ukrywanie Żydów żywcem spalili.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*