Nasza matka nadzieja

Nasza matka nadzieja

Często odpowiadam na pytanie, co sprawiło, że moi rodzice przetrwali wojnę i potrafili żyć z jej okropnościami. Myślę, że w dużej mierze dzięki temu, że obydwoje nie stracili nadziei.

Czym zatem jest nadzieja?

Moim zdaniem, nadzieja ściśle związana jest z rodziną, przyjaciółmi i generalnie – otaczającymi mnie ludźmi. Nadzieja jest tym wszystkim, czego sobie życzę. Mam nadzieję, że moje życie będzie się dobrze układać; wojna, choroby i okrucieństwo ominą mnie, a ludzkość w końcu dokona odkrycia, że wzajemne zabijanie się nie uczyni nas szczęśliwymi.

Moi rodzice byli największymi optymistami, jakich poznałem. Byli za pan brat z życiem i śmiercią, ale dobrze znali też nadzieję. Doświadczyli niewyobrażalnej rozpaczy i byli wystawiani na straszliwe próby, zarówno w czasie wojny, jak i po jej zakończeniu. Po spędzeniu prawie dekady w obozach pracy i ośrodkach dla uchodźców wojennych, przybyli do Stanów Zjednoczonych. Do kraju, w którym nie znali absolutnie nikogo, nie znali języka, nie mieli pojęcia, jak tu żyć. Musieli na nowo wszystkiego się nauczyć i zapewnić warunki do życia swoim dzieciom, mnie i mojej siostrze. Parli więc do przodu, przekonani, że wszystko jakoś się ułoży.

Niedawno na Facebooku wziąłem udział w ciekawej dyskusji z moją przyjaciółką, której rodzice, tak jak moi, przeszli przez niemieckie i uchodźcze obozy. Rozmawialiśmy, czy my na ich miejscu zdołalibyśmy przetrwać. Moja znajoma stwierdziła, że nie dałaby rady przeżyć takiego cierpienia, że poddałaby się, położyła pośrodku drogi i czekała aż Niemcy ją zastrzelą.

Nie uwierzyłem jej, nie sądzę, że tak łatwo by się poddała. Z tego, co zdążyłem zaobserwować, większość ludzi nie poddaje się łatwo. Niektórzy – tak, ale większość – nie.

Rozmawiałem o tym kiedyś z moją matką. Zapytałem, czym jest dla niej nadzieja, i co sprawiło, że ona, ojciec i podobni im ludzie mieli siłę, by przetrwać. Mama spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała: „Optymizm jest jak matka szaleńca”. Moim zdaniem, jest to bardzo głębokie stwierdzenie, które leżało u samego sedna jej pojmowania nadziei.

U samego schyłku życia, kiedy była już po dwóch operacjach nowotworu, dekadach problemów z sercem i artretyzmie, który uczynił z niej kalekę, moja mama przeszła wylew, który sparaliżował ją niemal całkowicie. Nie była w stanie poruszać rękoma ani nogami, mówiła z największym trudem. Lekarze poinformowali mnie, że stan mojej mamy nie poprawi się. Przekazałem jej lekarską diagnozę i zapytałem, czy życzy sobie być odłączona od urządzeń podtrzymujących ją przy życiu, żeby mogła umrzeć w spokoju i bez bólu.

Z największym wysiłkiem odpowiedziała krótko: „Nie”.

Do samego końca, moja mama miała nadzieję.

Wiecie, czego mnie nauczyła? Że nadzieja jest matką nas wszystkich.

Hope is Our Mother

A question I get often about my Polish parents is what kept them going during the war and after the war.

I think part of the answer is that they were both people who believed in hope.

So what’s hope?

Hope for me is tied up with family and friends, people.  Hope for me is a wish.  I hope that all of our lives get better, that war and plague and cruelty somehow get pushed further and further back, that we discover that we don’t have to kill each other to be happy.

My parents were two of the greatest optimists I ever knew.  They knew death and misery inside out, but they also knew hope.  They had experienced sorrow and trials like I can’t imagine, not only during the war, but after.   After spending almost a decade as slave laborers and refugees in Germany, they came to the US, a country where they didn’t know anyone, didn’t know the language, didn’t know anything.  They had to build new lives for themselves and for their children, my sister and me.

And they kept going, sure that things would somehow get better.

I recently had a discussion on Facebook with a friend whose parents were also in the camps, and we talked about whether or not we would have what it took to survive. She said she would have just given up, given in to the misery and laid down in the road and let the Germans kill her.

I didn’t believe her.  I don’t think she would give up.  From what I’ve seen, most people don’t give up.  Maybe some do, but the majority don’t.

I once talked about this with my mother.  I asked her about hope and what kept people like her and my dad going.  My mom looked at me, smiled, and said, “Optimism is a crazy man’s mother.”

It’s a profound statement, I think.  And it gets at the heart of her understanding of hope.

At the very end of her life, after two major surgeries for cancer, decades of heart problems, and arthritis that had left her crippled, my mom had a stroke that paralyzed her almost completely.  She couldn’t move her hands or feet, could barely speak.  The doctors told me she could never recover from this, and I told her that, and I asked her if she wanted to be taken off her life support so she could die in peace without pain.

Forcing her lips and tongue to move, she said, “No.”

Even at the end, my mother had hope.

And what did this teach me?

Hope is our mother.

John Guzlowski

amerykański pisarz i poeta polskiego pochodzenia. Publikował w wielu pismach literackich, zarówno w USA, jak i za granicą, m.in. w „Writer’s Almanac”, „Akcent”, „Ontario Review” i „North American Review”. Jego wiersze i eseje opisujące przeżycia jego rodziców – robotników przymusowych w nazistowskich Niemczech oraz uchodźców wojennych, którzy emigrowali do Chicago – ukazały się we wspomnieniowym tomie pt. „Echoes of Tattered Tongues”. W 2017 roku książka ta zdobyła nagrodę poetycką im. Benjamina Franklina oraz nagrodę literacką Erica Hoffera, za najbardziej prowokującą do myślenia książkę roku. Jest również autorem dwóch powieści kryminalnych o detektywie Hanku Purcellu oraz powieści wojennej pt. „Road of Bones”. John Guzlowski jest emerytowanym profesorem Eastern Illinois University.

John Guzlowski’s writing has been featured in Garrison Keillor’s Writer’s Almanac, Akcent, Ontario Review, North American Review, and other journals here and abroad.  His poems and personal essays about his Polish parents’ experiences as slave laborers in Nazi Germany and refugees in Chicago appear in his memoir Echoes of Tattered Tongues.  Echoes received the 2017 Benjamin Franklin Poetry Award and the Eric Hoffer Foundation’s Montaigne Award for most thought-provoking book of the year.  He is also the author of two Hank Purcell mysteries and the war novel Road of Bones.  Guzlowski is a Professor Emeritus at Eastern Illinois University.

fot.pxhere.com

Categories: Guzlowski

Comments

  1. Yaroon
    Yaroon 22 października, 2018, 15:55

    Dlatego ci co poddawali się to ginęli. Trzeba mieć chęć życia i przeżycia, nie pomyślanego na kilka lat, czy miesięcy ale godzin, teraz. To wiem z opowieści ludzi którzy przeżyli wojnę. No i trzeba mieć szczęście, taki los, jak liczba oczek w kostce…wypadnie na ciebie albo nie, przypadek. Opowiadała mi pani, która przeżyła obóz koncentracyjny, że kobiety z natury są silniejsze i częściej przeżywały (trudy, głód, chłód) niż mężczyźni.

    Reply this comment
  2. Hollis
    Hollis 25 października, 2018, 19:01

    Thanks to you, John, for this lovely little essay about hope. It gets lost so easily and it is truly the mother of many survivors!

    Reply this comment
  3. Yaroon
    Yaroon 26 października, 2018, 11:48

    Widzę, że wy odbieracie to jak esej, opowieść, horror, bajkę ale dla nas tu w Polsce to rzeczywistość, to miejsca, to tablice pamiątkowe, to resztka ludzi, którzy jeszcze pamiętają tamten czas.

    Reply this comment
    • johnguzlowski
      johnguzlowski 26 października, 2018, 18:50

      Yaroon, I can only know it as a know it. My parents experienced as you do. I wish I could experience this way also. It would bring me closer to them.

      Reply this comment
  4. Yaroon
    Yaroon 27 października, 2018, 04:33

    To nie było do Ciebie panie Zbyszku (pewnie tak mówiła mama), a do osób komentujących. Robią ochy i achy, co mnie razi, a razi brak empatii.

    Reply this comment
  5. Yaroon
    Yaroon 29 października, 2018, 18:46

    Dzisiaj byłem na cmentarzu i to jest właśnie to przeżycie, które może być tylko w Polsce. Tysiące osób krzątających się wokół grobów najbliższych, grabienie liści, mycie pomników, modlitwa: „Wieczny odpoczynek racz im dać panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci, nich odpoczywają w pokoju. Amen.” Powoli znów wrastamy w Polskę, w tą ziemię i groby dziadków i pradziadków stają się młodym Polakom znane. Czasy się zmieniają, nawet nagrobki się zmieniły. Dawniejsze lastrykowe (terazzo) odchodzą w zapomnienie razem z tymi, co pod nimi leżą. Teraz kamień sprowadzają ze Szwecji, RPA ( z całej Afryki), Indii, Italii. A gdy zapada zmrok, płoną znicze – to jest jakaś magia tego miejsca spoczynku. Cisza i ciepło bijące od setek tysięcy zniczy. Rozmawiam ze starszą panią, która ma rodziców spoczywających obok moich rodziców. Znam historię jej rodziców. Ojciec był na Syberii, mama w obozie koncentracyjnym. Tu takie opowieści są jeszcze żywe, chociaż powoli odchodzą z ludźmi pamiętającymi te okropne czasy. To jest w starej części szczecińskiego cmentarza i prawie same starsze osoby pielęgnują groby rodziców, wujków, dziadków. Idę na drugą bramę obok krzyża z wojny francusko-pruskiej. Pełno przy nim zniczy. A 1 listopada miasto zmienia rytm życia. Autobusy i tramwaje jeżdżące na cmentarz kursują częściej. Policja i wojsko reguluje ruch drogowy. I tłum idący na cmentarz. Groby uszykowane, rodzinne spotkania, przywitania, z ciociami wujkami, siostrzeńcami, kuzynami, pozdrowienia dla znajomych z pracy, sąsiadów, dawno niespotykanymi kolegami. Potem na największym cmentarzu w Europie płonące świece niosą woń w sumie nie smutnego święta, raczej „czasu zadumy” Trzeba być Polakiem, by to zrozumieć, by to czuć i by to cenić.

    Reply this comment
  6. Yankes
    Yankes 30 października, 2018, 00:36

    ….” Trzeba byc Polakiem , by to zrozumiec, by to czuc i by to cenic ” – pieknie napisane Marynarzu

    Reply this comment
  7. Yaroon
    Yaroon 30 października, 2018, 11:19

    Złodziej, wandal, szubrawiec, zdrajca – ci ludzie nie mają nacji i nie ważne w jakim języku mówią i jakiego są wyznania. „Śmieć” zawsze jest śmieciem, zmieni najwyżej klimat, ale „skorupka” nasiąkła za młodu szumowiną i na starość trąci zgnilizną.

    Reply this comment
  8. Yaroon
    Yaroon 30 października, 2018, 18:58

    Ale coś radośniejszego chce napisać. Widać jak młodzież ze szkół sprząta opuszczone i zaniedbane groby. Na Golęcinie pochówków zaprzestano w 1961 r. Widzę nagrobki ludzi urodzonych w 1880r. To jest Szczecin, a nie gdzieś w centralnej Polsce. PS.Do tej pory na poznaniaków mówiono centrlaki albo pyry, pyrki (kartofle).

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*