Dobroczynność w Ameryce / Charity in America

Dobroczynność w Ameryce / Charity in America

Kiedy w 1952 roku przyjechaliśmy do Chicago, byliśmy zagubieni. Moja rodzina spędziła sześć lat w obozach dla uchodźców wojennych w Niemczech, a potem rok w okolicach Buffalo, w stanie Nowy Jork, gdzie pracowaliśmy dla farmera, który zapłacił za naszą podróż do Ameryki.
Ale w końcu przyjechaliśmy do Chicago i byliśmy zagubieni. Nie mieliśmy ze sobą prawie niczego, tylko te kilka rzeczy, które przywieźliśmy z Niemiec. Wiele lat później zapytałem moją mamę, co przywieźliśmy ze sobą do Ameryki w drewnianej skrzyni, którą zbudował mój ojciec. Wzruszyła ramionami i wyrecytowała całą listę przedmiotów: kilka talerzy, krzyż, drewniany grzebień, kilka poduszek wypchanym gęsim pierzem, patelnię i listy od znajomych z Ameryki.
W Chicago mieszkaliśmy początkowo w ciemnych pokojach, w małych mieszkaniach, które zazwyczaj dzieliliśmy z dwoma lub trzema innymi rodzinami, które jak my – przyjechały do Ameryki z niemieckich obozów dla uchodźców. Wszyscy byliśmy ludźmi, którzy bardzo wiele stracili i bardzo wiele zostawili za sobą. Ojców i matki, dziadków i babcie, naszych braci i siostry.
Byliśmy samotni i nie wiedzieliśmy, co i gdzie znajduje się w tym nowym świecie. Pamiętam mojego ojca, który szukał sklepów sprzedających polskie jedzenie, aż moja mama powstrzymała go mówiąc: „Może po prostu nie mają tutaj kiełbasy.”
Miałem cztery lata podczas naszej pierwszej zimy w Chicago. Pamiętam, że patrzyłem przez okno na śnieg padający na autobusy jadące wolno po Milwaukee Avenue i prosiłem ojca, żebyśmy wracali do obozu w Niemczech, bo tutaj jest dla nas zbyt ciężko.
W Ameryce byliśmy zagubieni, ale zdarzało się, że ludzie nam pomagali. Nie znaliśmy ich imion ani nazwisk, nie wiedzieliśmy, kim byli, ani dlaczego chcieli nam pomóc.
Pewnego razu do naszego mieszkania przyszły dwie kobiety. Nie mówiły po polsku, a jedyny angielski zwrot, jaki znali moi rodzice brzmiał „Dziękuję pani”. Te dwie kobiety przyniosły sukienkę dla mojej mamy, gumowe kalosze dla ojca, konserwy z wieprzowiną, puszki z fasolą i kilka bochenków chleba dla nas wszystkich, a dla mnie i mojej siostry – trochę komiksów, zabawkę z twardej gumy, lalkę i czerwoną ciężarówkę z urwanym kołem.
Nie wiedzieliśmy, kim są te kobiety ani w jaki sposób nas znalazły. Nie wiedzieliśmy, jak mają na imię, więc jedną nazwaliśmy Dobra, a drugą Fajna. To były dobre i fajne kobiety.

Charity in America

When we first arrived in Chicago in 1952, we were lost. My family had spent 6 years in the DP camps in Germany after the war and another year outside of Buffalo, NY, working for a farmer who paid our passage over to America.
But now we were in Chicago, and we were lost. We had nothing, just the things we brought with us from Germany. I remember years later asking my mother what we had brought to America in the wooden trunk my father built. She shrugged and went through the list: some plates, a crucifix, a wooden comb, some goose down pillows, a frying pan, and letters from a friend in America.
In Chicago we lived in dark rooms in small apartments in that we shared sometimes with two or three other DP families from the camps in Germany.  We were all people who had lost so much and had left so much behind, our mothers and fathers, our grandparents, our brothers and sisters.
We were alone and didn’t know where anything in this new world was.  I remember one time my father was going out looking for a store where he could buy some Polish sausage, and my mom stopped him and said, „Maybe they don’t have kielbasa here.”
I was 4 years old that first winter in America, and I remember staring out a window at the snow falling on the buses moving slowly up and down Milwaukee Avenue, and begging my father to take us back to the refugee camps in Germany. I said it was too hard for us here.
We were lost in America — but sometimes people helped us.
We didn’t know who they were or what their names were or why they helped us.  But they did.
I remember one time two women who came to our apartment. They didn’t speak Polish, and the only English my parents knew was “Thank you, Missus.” These two women came and brought a dress for my mother, rubber boots for my dad, cans of pork and beans and loaves of bread for all of us, and for my sister and me, they brought some comic books, a hard rubber toy, a doll and a red truck with a missing tire.
We didn’t know who these two women were or how they found us. We didn’t even know their real names, so we gave them names. We called one woman „dobra,” and the other one „fajna,”
We knew what these two words meant. These were „good” and „fine” women.

John Guzlowski

amerykański pisarz i poeta polskiego pochodzenia. Publikował w wielu pismach literackich, zarówno w USA, jak i za granicą, m.in. w „Writer’s Almanac”, „Akcent”, „Ontario Review” i „North American Review”. Jego wiersze i eseje opisujące przeżycia jego rodziców – robotników przymusowych w nazistowskich Niemczech oraz uchodźców wojennych, którzy emigrowali do Chicago – ukazały się we wspomnieniowym tomie pt. „Echoes of Tattered Tongues”. W 2017 roku książka ta zdobyła nagrodę poetycką im. Benjamina Franklina oraz nagrodę literacką Erica Hoffera, za najbardziej prowokującą do myślenia książkę roku. Jest również autorem dwóch powieści kryminalnych o detektywie Hanku Purcellu oraz powieści wojennej pt. „Road of Bones”. John Guzlowski jest emerytowanym profesorem Eastern Illinois University.

John Guzlowski’s writing has been featured in Garrison Keillor’s Writer’s Almanac, Akcent, Ontario Review, North American Review, and other journals here and abroad.  His poems and personal essays about his Polish parents’ experiences as slave laborers in Nazi Germany and refugees in Chicago appear in his memoir Echoes of Tattered Tongues.  Echoes received the 2017 Benjamin Franklin Poetry Award and the Eric Hoffer Foundation’s Montaigne Award for most thought-provoking book of the year.  He is also the author of two Hank Purcell mysteries and the war novel Road of Bones.  Guzlowski is a Professor Emeritus at Eastern Illinois University.

 

fot.Pixabay.com

Categories: Guzlowski

Comments

  1. Anonim
    Anonim 7 marca, 2019, 07:50

    Parallel experience, in one form or another, for many families in the Polish community of Chicago. My parents were forced labor throughout the war, beginning with their detention when the war started in 1939. We waited two and a half years to come to the USA. Same situation: sponsored by someone whom you worked for; occasional separation of family members; multiple families in one apartment; etc.. A story that can be told by many. Good you put it together so well, thank you.

    Richard Banaszkiewicz

    Reply this comment
  2. Anonim
    Anonim 7 marca, 2019, 09:41

    Beautiful piece, John. Very poignant – especially the image of the four-year-old boy wanting to return to the refugee camp.

    Reply this comment
  3. Anonim
    Anonim 9 marca, 2019, 14:31

    We were sponsored by the refugee program. From Germany, to Illinois andtheto Detroit. Now going back home to Poland shortly

    Reply this comment
    • john z guzlowski
      john z guzlowski 11 marca, 2019, 15:32

      Going back for good? Moving there? That will be quite an adventure. My parents went back after 45 years and couldn’t stay. They felt everything had changed too much.

      Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*