Zmierzamy donikąd

Ameryka od środka

 


W latach 80 ubiegłego stulecia przybyła do USA z Grecji Ariana Huffington, znana dziś komentatorka polityczna, prowadząca internetowe pismo The Huffington Post. Jak sama twierdzi, przybyła do tego kraju z ogromną nadzieją na „lepsze życie”, która to nadzieja była udziałem milionów innych imigrantów, w tym również tych z postsolidarnościowej Polski. Jednak przed kilkoma dniami Ariana wydała książkę, pod znamiennym tytułem „Third World America”, w której argumentuje, iż dziś Ameryka jest zupełnie innym krajem niż przed 30 laty i że zaczyna zdradzać oznaki upadku, jeśli nie ekonomicznego, to z pewnością politycznego i duchowego. Niestety wydaje się, że Ariana ma rację.

 

Wtedy, w latach 80, jeszcze za rządów Ronalda Reagana, w USA można było racjonalnie i otwarcie dyskutować niemal o wszystkim, a tzw. „American dream” istniał nie tylko w ludzkiej świadomości, ale realizowany był na co dzień przez tysiące ludzi, którym Ameryka dawała wielką szansę na sukces. Wszystko to dziś praktycznie nie istnieje.

 

Amerykańskie klasy średnie kurczą się w zastraszającym tempie, nękane bezrobociem, problemami finansowymi i fatalną sytuacją rynkową. Zamiast dyskusji o istotnych problemach kraju mamy dziś w Waszygtonie niemal codzienne, całkowicie zradykalizowane ujadanie, z którego nic nie wynika. Kongres w zasadzie przestał funkcjonować i tylko 9% Amerykanów uważa, że ich parlament ma jakiekolwiek znaczenie.

 

Sytuacja ta prowadzi do politycznej groteski. Mówi się o „rewolucji konserwatywnej”, od której założeń włos się jeży na głowie, a której genezą jest narastające poczucie, że kraj zmierza donikąd. Z kolei lewica, łącznie z prezydentem Obamą i jego ekipą w Białym Domu, nie umie w żaden sposób przekonać wyborców, że to, co robi lub usiłuje robić, jest uzasadnione i przyniesie odpowiednie efekty.

 

Być może najbardziej niepokojące jest to, że polaryzacja amerykańskiej opinii publicznej osiągnęła rekordowy poziom. Ludzie przestali słuchać zwykłych, w miarę obiektywnych wiadomości i tkwią w swoich własnych światkach, zdominowanych przez programy telewizyjne i radiowe, posiadające wyraźnie preferencje polityczne. Wystarczy posłuchać przez chwilę jakiejkolwiek dyskusji w telewizji na dowolny temat, by szybko zrozumieć, że tak naprawdę nie jest to dyskusja, lecz prezentacja poglądów poszczególnych uczestników, z których żaden nie jest w stanie wysłuchać racji odmiennych od jego własnych.

 

Liczni, kompletnie zdemoralizowani i zniechęceni wyborcy, których nazywa się „niezależnymi”, co dwa lata zmieniają dramatycznie swoje preferencje i głosują na kogoś innego, spodziewając się jakiegoś cudu. A gdy cudu nie ma, bo go nie może być, ponownie zmieniają front, nawet jeśli ich nowi faworyci proponują działania szkodliwe dla ich własnych interesów.

 

Sondaże wykazują, że dziś tylko niewielu mieszkańców kraju nadal wierzy w potęgę „American dream” – tego niezwykle korzystnego przeświadczenia, że w USA wszystko jest możliwe do osiągnięcia przez upór i rzetelną pracę. Nie może to dziwić, bo trudno jest zachować typowy, amerykański optymizm, gdy się traci pracę, dom i jakiekolwiek perspektywy na przyszłość. A taki właśnie los spotkał już kilka milionów Amerykanów. W USA mieszkam od prawie 30 lat, ale nigdy przedtem nie widziałem tego kraju w tak fatalnym nastroju. Oby nastrój ten był tylko przejściowy.

 

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*