Za mądrze

Przy okazji częstego ostatnio oceniania kandydatów na prezydenta USA słyszy się w różnych dyskusjach narzekania, że Barack Obama w swoich wystąpieniach jest “too brainy”. Innymi słowy komentatorzy mają do niego pretensje, że wypowiada się zbyt mądrze, zawile i w sposób, który jest mało zrozumiały dla znacznej części wyborców.

Pomińmy na chwilę obecne realia wyborcze i konkretne osoby, które w tegorocznej kampanii grają główne role. Zastanawiające jest to, że wymagania w stosunku do przyszłego przywódcy najbardziej skomplikowanej demokracji świata są ustawicznie zaniżane do jakiegoś kiepskiego, wspólnego mianownika. Mówi się na przykład, że potencjalny prezydent winien być “swoim chłopem”, z którym każdy miałby natychmiast ochotę wypić w barze piwo albo pojechać z nim na wakacje. Powinien też gadać prosto i bezpośrednio, bez zwracania uwagi na stylistykę lub merytoryczne szczegóły.

Piwo wypić można prawie z każdym. Osobiście wolałbym jednak, żeby z przyszłym prezydentem można było sensownie o czymś pogadać i rozpoznać u niego obecność znacznej ilości szarych komórek. Jeśli zaś chodzi o niezrozumiałość wypowiedzi kandydata lub zbytnią ich “intelektualność”, czy naprawdę lepiej jest, by przyszły prezydent był przygłupem, który nie umie sklecić dwóch słów i prawi wyłącznie wyświechtane frazesy? Czyż nie lepiej, by przywódca kraju czasami wiedział więcej od reszty narodu lub miał bardziej wyszukane podejście do różnych zawiłych problemów od przeciętnego piwosza? Szczerze mówiąc, zdecydowanie wolę, by szef rządu umiał wyliczyć stolice większości krajów świata niż marki piw z większości browarów.

Zjawisko degradacji wymogów w stosunku do przywódców politycznych nie jest wyłącznie zjawiskiem amerykańskim. We współczesnej Polsce pokutują na przykład wyrażenia typu “wykształciuch” i “mózgowiec”, które używane są wyłącznie w sensie pejoratywnym, czyli po to, by krytykować ludzi za . . . no właśnie, za co? Za posiadanie rzetelnego wykształcenia? Za zdolność do sensownego wypowiadania się? Za inteligencję? Od kiedy czyjeś wykształcenie jest przywarą, a nie atutem? Zdajemy się zmierzać po obu stronah Atlantyku w kierunku rządów sprawowanych przez przeciętniaków i różni ludzie starają się nas przekonać, że tak ma być i że tak jest najlepiej.

Wśród amerykańskich komentatorów wydaje się dominować przekonanie, iż dowolny kandydat nie nadaje się na prezydenta, jeśli nie potrafi “zejść do poziomu wyborców”, pogadać z nimi o polowaniach, jeżdżeniu półciężarówką po bezdrożach i oglądaniu wyścigów samochodowych NASCAR. Nie rozumiem, dlaczego nie jest odwrotnie, czyli dlaczego od wyborców nie wymaga się zrobienia wysiłku na rzecz wspięcia się na poziom reprezentowany przez kandydatów politycznych. I nie chodzi tu wcale o poziom formalnego wykształcenia, lecz o ogólną świadomość tego, co się w USA i na świecie dzieje, o ciekawość poznawania nowych zjawisk, otwartość umysłu, itd.

W przypadku Baracka Obamy mowa jest często o jego “elitaryzmie”, który zawierać się ma w tym, iż — z braku innej możliwości nazwania tego idiotycznego zarzutu — on “mądrze gada”. Gdyby zatem senator z Illinois skutecznie udawał idiotę i mówił wyłącznie o głupotach, posługując się prostymi zdaniami pozbawionymi podmiotu lub orzeczenia, byłby kimś znacznie bardziej akceptowalnym i w ogóle “facetem w dechę”. A gdyby go jeszcze przemalować na biało, od razu zrobiłoby się w Ameryce znacznie lepiej. I głupiej …
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*