Wiosenne protesty

Okiem felietonisty

Niby jest tak samo jak co roku o tej porze. Słoneczko grzeje, magnolie zakwitły nawet wcześniej, a w mediach /tych elitarnych/ ta sama obłuda. Lęk przed przyszłością rośnie, a niepokoje społeczne zaczynają narastać lawinowo, wprowadzając elity polityczne w konsternację i zastanawiającą bezradność.

 

Co krok — to polityczna kula w płot. Jakby ktoś zaczarował koalicję PO-PSL, a Ruch Palikota zamienił w króliczka schowanego w kapeluszu czarodzieja, który go stworzył na czas wyborów.

 

Najbliższy weekend skupi jednak uwagę publiczną na Chicago, które będzie gościć delegacje państw zrzeszonych w NATO, a przy okazji protestujących młodych Amerykanów z wielu Stanów.

 

Telewizja pokazywała przygotowania do tego szczytu od strony protestujących i zdenerwowanych mieszkańców śródmieścia, którzy obawiają się takich form protestu, jakie zdarzały się dawniej przy okazji podobnych spotkań. Skala tych protestów będzie papierkiem lakmusowym globalnej demokracji. Jeżeli będą miały spokojny przebieg, to znaczy, że nie jest jeszcze tak źle, żeby nie mogło być gorzej.

 

Ekonomia globalna świata zachodniego drepcze w ciepłym błocie kryzysu. W porównaniu do kryzysu lat trzydziestych XX wieku to globalna gospodarka XXI wieku trzyma się dobrze, ale tylko dzięki stałemu wzrostowi gospodarczemu w Azji. Spada poziom życia klasy średniej w Europie i Ameryce Północnej, ale w porównaniu do biedy, jaka dotykała ludzi żyjących w czasach między pierwszą a drugą wojną światową, nie jest jeszcze tak źle. Tylko dług publiczny i zagraniczny świata zachodniego rośnie w stałym tempie, a razem z nim strach przed nowymi, radykalnymi zmianami.

 

Unia Europejska trzeszczy w szwach, a w Grecji te szwy zespalające kraj z Unią Europejską już dawno się rozpruły. Próby utrzymania Grecji w strefie euro będą jeszcze przez jakiś czas kontynuowane, ale czy starczy cierpliwości obu stronom unijnego mariażu. Obie strony nie mogą się dogadać, kto i kogo będzie wykorzystywał w tym związku.

 

W czasach kolonialnych wiadomo było, kto i kogo wykorzystuje.

 

W czasach neokolonializmu ten podział się zatarł i krajom wykorzystywanym wmawia się, że to one wykorzystują dobroczyńcę, czyli
bankiera, który w “dobroczynnym” geście przejął wszystkie banki kolonizowanego kraju. Propagandowo nie jest to rzecz nowa, ale w nowy sposób podana.

 

Globalna demokracja przechodzi ciężką próbę przekwitania. Politycy polscy z pokolenia solidarnościowego szybko zapomnieli, że ludzie pracy mówią prozą, więc elity mówiące językiem “poetyki Niesiołowskiego” nie znajdują już ze związkowcami wspólnego języka. Każda władza wyobcowuje się w galopującym tempie, ale alienacja polskich polityków jest wyjątkowo przykra, bo ich mandat do sprawowania władzy pochodzi od Solidarności.

 

Wiosenne awantury, jakie obserwowaliśmy w telewizji, w relacjach spod polskiego sejmu, tworzą nowy rozdział w “przekwitaniu” polskiej demokracji. Przegłosowanie w czasach wysokiego bezrobocia drastycznej ustawy emerytalnej, podwyższającej do 67 roku życia obowiązek pracy obywateli RP, powala z nóg każdego normalnego związkowca. Przy 13,5 procentowym bezrobociu i ogromnej emigracji ludzi młodych w poszukiwaniu pracy ten pomysł nie może budzić “entuzjazmu”, a tylko sprzeciw. Polskie elity polityczne, niby wyrosłe z Solidarności, nie mogą się pochwalić żadną poważną inwestycją przemysłową ani energetyczną w okresie ostatniego 20-lecia. Powstawanie nowych miejsc pracy w urzędach i usługach nie rozwiązało żadnego istotnego problemu. Polski rząd sprzedaje resztki majątku narodowego i tworzy nowe prawa ułatwiające globalnym handlarzom import towarów zagranicznych. Na tym imporcie kolosalne majątki zbija wąska grupa energicznych cwaniaków, a Polska wyludnia się, wysyłając swoje dzieci do pracy w UE. Najpierw trzeba stworzyć miejsca pracy, a potem budować stadiony, nie odwrotnie.

 

Takie są odczucia każdego normalnego obywatela. Politycy widocznie nie są normalnymi obywatelami, tylko medialnymi celebrytami. Androny, jakie “politycy” plotą w telewizji, budzą grozę i śmiech. W Polsce stworzyła się nowa elita “medialnych psów”, wynajętych do zagryzania przeciwników politycznych. Pojęcie “psy wojny” weszło do obiegu za sprawą Fredericka Forsytha, autora tego literackiego bestselleru. “Medialne psy” telewizyjne są salonowym odpowiednikiem “psów wojny”. Zadaniem tych politycznych zwierząt jest bełtanie ludziom w głowach. Nic dobrego nie wynika z ich medialnych “walk”. Tematy poważne nie są w TV przedmiotem dyskusji publicznej.

 

Czas leci, a sytuacja gospodarcza Polski nie ulega poprawie. Dług osiągnął niewyobrażalny wymiar, liczba mieszkańców się zmniejsza, a wyobcowanie polityków osiąga rozmiary “elitarnej” paranoi. Czyżby historia zatoczyła kolejne koło? Co prawda, globalni politycy wielkich mocarstw niewiele się różnią od polskich elit, ale czy to może być dla Polski i Polaków pocieszeniem?

 

16 maja 2012

 

www.wojciechborkowski.com

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*