Washington Skins?

Washington Skins?

 Od pewnego czasu toczy się dość kuriozalna dyskusja, która w pewnym sensie dotyczy świata sportu, ale która przybiera cechy coraz bardziej polityczne. Chodzi o to, że jedna z drużyn ligi futbolowej NFL ma w nazwie słowo, które – zdaniem niektórych – jest obelżywe w stosunku do Indian. Ten zespół to Washington Redskins. Słowo „czerwonoskóry” ma w języku polskim znacznie mniej negatywny wydźwięk niż w angielszczyźnie, co wynika między innymi stąd, iż w czasie wielkich wojen z Indianami w XIX wieku termin redskin używany był mniej więcej w ten sam sposób co osławione „słowo na n” w stosunku do ludności czarnoskórej.

Washington Redskins w meczu z New York Giants fot. Marc Gallant/Flickr

Washington Redskins w meczu z New York Giants fot. Marc Gallant/Flickr

Przez wiele dekad do nazwy Washington Redskins nikt nie miał żadnych publicznych pretensji, ale czasy się zmieniają. Kilka plemion indiańskich wszczęło kampanię na rzecz przemianowania nazwy drużyny na coś mniej obraźliwego. Jednak właściciel klubu zdecydowanie twierdzi, że nazwy nie zmieni, a liczni kibice wydają się być tego samego zdania i domagają się zachowania obecnego nazewnictwa.

Nie trzeba było długo czekać, by do sporu włączyli się politycy. Prezydent Obama stwierdził ostrożnie, że na miejscu właściciela klubu „zastanowiłby się” nad zmianą nazwy. Opinie są jednak mocno podzielone, a kłótnie na ten temat będą trwać nadal. Przedstawiciele Indian spotkali się z zarządem klubu, ale rzekomo niczego istotnego nie uzgodniono.

Wydaje mi się to wszystko o tyle dziwne, że nie chodzi tu o jakąś niezwykle ważką instytucję, lecz o klub sportowy. A kluby sportowe w USA bardzo często zmieniają nazwy, szczególnie wtedy, gdy przeprowadzają się do innego miasta. Nic zatem wielkiego by się nie stało, gdyby w stolicy grali zawodnicy drużyny Washington Skins, albo gdyby ktoś wymyślił jakąś zupełnie inną, nową nazwę. Narzekania na to, że zmiana nazwy oznaczałaby utratę „ducha” drużyny należy włożyć na półkę z łzawymi romansidłami.

Sprawa ta ma pewien szerszy i poważniejszy wymiar. W USA nadal tu i ówdzie występuje przedziwna obojętność w stosunku do zjawisk, które z historycznych powodów są w taki czy inny sposób niewłaściwe, kontrowersyjne lub naganne. Jestem na przykład pewien, że gdyby w lidzie NFL pojawiła się nagle drużyna Buffalo Krauts albo St. Louis Chinks, podniósłby się wielki krzyk i to nie tylko w społeczności niemieckiego i chińskiego pochodzenia. Ale że chodzi o Indian, to jakoś nam to nie przeszkadza.

Sztandarowym przykładem tego braku wyczulenia jest „atrakcja” turystyczna w postaci wyrzeźbionych portretów amerykańskich prezydentów na zboczu góry Rushmore w Południowej Dakocie.

Rok w rok oglądają ją tysiące turystów, którzy zapewne nigdy nie myślą o tym, że to wykute w skale dzieło powstało na terenie uznawanym za święty przez Indian plemienia Lakota. Co więcej, rząd USA w roku 1868 przyznał Indianom prawo własności do pasma Czarnych Wzgórz tylko po to, by 8 lat później im te ziemie bezceremonialnie zabrać. W związku z tym wykucie w górskim zboczu portretów prezydentów można zapewne, z punktu widzenia Indian, porównać do ozdobienia zbocza Rysów w Tatrach twarzą Bolesława Bieruta.

Właściciel drużyny Washington Redskins ma rzadką szansę na podjęcie decyzji, która zerwie z niezbyt chlubnymi tradycjami. Powinien z tej szansy skorzystać.

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*