Upadek najlepszej armii świata

W 1936 roku, gdy Hitler dopiero na serio zaczynał zbrojenia, ZSRR już je kończyło. W ciągu 15 lat Rosjanie, kosztem niewyobrażalnych wyrzeczeń i ofiar – zbudowali nieprawdopodobną, najsilniejszą na świecie armię. Armię świetnie uzbrojoną i wyszkoloną, której uprzywilejowani oficerowie wierzyli, że to oni rozniosą wielką rewolucję światową i pragnęli się wykazać. Armię, która już dysponowała wszystkim, co gdzie indziej teoretycy wojskowi dopiero rozważali: na manewrach pod Kijowem przeprowadzono desant całej dywizji spadochronowej w jednym rzucie. Na zachodzie Europy uważano za zdumiewający wyczyn zrzucenie jednej kompanii. Istniały całe korpusy pancerne i zmechanizowane – gdy w Niemczech Guderian przedkładał studia i projekty organizacji jednej dywizji pancernej. Lotnictwo ZSRR przewyższało niemieckie co najmniej dziesięciokrotnie. Ta armia była prawie gotowa i wkrótce mogła być użyta. 

 

Hitler polecił przeprowadzenie studiów. Wynikało z nich, że tym razem Armia Czerwona zdolna jest pokonać Polskę w ciągu kilku miesięcy. Czyż ci wszyscy głupcy nie zdawali sobie z tego sprawy? Niemcy absolutnie nie były jeszcze zdolne do wojny, nawet obronnej, nie mówiąc o wyprzedzającym ataku. Ograniczona pomoc, działania opóźniające, nie mogły uratować Niemiec. Armia Czerwona nie musi czekać na zajęcie Polski – po to zorganizowano wielkie jednostki spadochronowe, po to skonstruowano i wprowadzano latający czołg (właściwie szybujący, zdolny do jednego lądowania). Zresztą, zwyczajne szybkobieżne czołgi (BT – „bystrochodnyj tank”), gdy dotrą do dobrej i gęstej sieci drogowej, w jednym dniu zdolne są przebyć Niemcy do Linii Maginota.

 

Na szczęście – rozważał Hitler, – Stalin jest ostrożny i nieufny, wręcz tchórzliwy, nie potrafi się szybko zdecydować, zwykle czai się i czeka. Najpierw wszystko musi być zapięte na ostatni guzik, potem będzie chciał, żeby go przekonywano, a w końcu, żeby najpierw w Europie zrobiło się zamieszanie. A ponieważ to właśnie on, Hitler, robi zamieszanie, inni siedzą cicho, więc kontroluje sytuację. Przez pewien czas trzeba dużo i głośno mówić o trwałym pokoju. On na miejscu Stalina by nie czekał. Armia jest kosztownym instrumentem, tworzonym do konkretnego działania. Nieużywana szybko się starzeje. Jeżeli uda się odwlec rozprawę o kilka lat, Armia Czerwona z maksimum zejdzie na opadający odcinek krzywej. Wehrmacht przeciwnie, znajdzie się na rosnącym.

 

„Dobrze byłoby znaleźć dla Stalina i podsunąć mu jakiś problem. Co mogłoby go najbardziej zainteresować?” – Na to pytanie nie trudno odpowiedzieć. Od chwili dojścia do władzy Stalin widział się w otoczeniu bandy zwyrodnialców, zaprzańców, zboczeńców i oczywiście zdrajców.

 

Zabijał na gigantyczną skalę, Hitler dopiero chciał zbliżyć się do tego poziomu. Stalina pociągało najbliższe otoczenie. Ludzi, których znał, automatycznie podejrzewał, nie umiał się temu oprzeć. Pierwsza myśl przy kontakcie z kimś w pobliżu to „Czy on może mnie zabić?”, druga „Czy ja zdążę zrobić to pierwszy?” Logiczne było, podsunąć mu podejrzenia, że w kierownictwie Armii Czerwonej jest coś nie w porządku.

 

Hitler zlecił w tajemnicy, nie wywiadowi Niemieckiemu (Sowieci pilnie obserwowali Abwehrę), ale nowo utworzonemu wywiadowi SS, przygotowanie fałszywych dokumentów. Miały dowieść istnienia spisku w Armii Czerwonej. Do fałszerstw użyto oryginalnych dokumentów z okresu, ścisłej współpracy Armii Czerwonej z Reichswerą. Zajęli się tym zawodowi artyści tej sztuki, wyciągnięci z więzienia. Potem zniknęli, nie pozostał najmniejszy ślad (chociaż wymieniano nazwisko znanego fałszerza Franza Putziga). Spreparowane materiały pozwolono następnie wykraść zdenonspirowanemu agentowi wywiadu czeskiego celem doręczenia dokumentu do Pragi. Prezydent Benesz, usilnie dbający o dobre stosunki z ZSRR, przekazał je na ręce Stalina.

 

Prowokacja się udała. I przeszła najśmielsze oczekiwania. W parę lat najsilniejsza armia świata przestała się liczyć, utraciła siłę bojową. Wprawdzie, ani liczebność armii ani jej budżet nie zmniejszyły się, ale została ona zdekapitowana, pozbawiona kadry dowódczej i fachowej. Gdy, na początku roku 1939, część „mniej winni” generałowie, którym udało się przeżyć w obozach, a których w związku z alarmującym zagrożeniem wojennym wypuszczono i pod nadzorem, przywrócono do funkcji, musieli zaczynać od zera. W pamiętnikach (np. Borysa Szaposznikowa) wysławiających bohaterskie czyny w czasie tzw. „wojny zimowej” w Finlandii (najwyższy stopień trudności: nie walki, lecz opisu zwycięstw, gdyż ogromna armia ZSRR ponosiła same klęski) znaleźć można wzmianki, jak powracający od „innych zadań” dowódcy z trudem poznawali swe jednostki.

 

Elitarne dywizje, w tym gwardyjskie, stacjonujące np. w samym Leningradzie, miały nominalny stan, ale był to zdemoralizowany tłum bez przygotowania wojskowego. Praktycznie zaniechano szkolenia bojowego, serio traktowano jedynie polityczne i ideologiczne. Dla żołnierzy najtrudniejsze było zdobycie żywności na własne potrzeby. Zaopatrzenie nadchodziło wprawdzie, ale nieregularnie i nie dało się przewidzieć, co będzie w następnych dostawach. Nie z powodu sabotażu, ale bałaganu. Rozstrzeliwanie resztek oficerów służb logistycznych i kwatermistrzowskich nie poprawiało sytuacji. Wojsko we własnym zakresie starało się remontować i budować kwatery, problem ten szczególnie silnie występował podczas wyjazdów letnich, (trudno nazywać je manewrami). Żołnierze starali się jakoś wyżyć, większość czasu zabierały im sprawy bytowe.

 

Wojsko nie miało pojęcia o obsłudze sprzętu, zwłaszcza nowoczesnego, brak było wykształconych i przeszkolonych fachowców. Nie sami oficerowie padli bowiem ofiarą czystek, podejrzany był każdy wykształcony fachowiec. W tych warunkach kierowano się zasadą „nie rusz, bo zepsujesz”, uszkodzenie mogło być traktowane, jako „celowa akcja wrogich elementów”. Sprzęt wprawdzie znajdował się na stanie (choćby dlatego, że spisanie na straty łączyło się z odpowiedzialnością) – ale tylko częściowo sprawny.

 

Oczywiście, żaden powracający oficer nie odważył się meldować o tym, co zastał, byłoby to samobójstwo w obrzydliwej formie. Musiał sobie radzić sam, pod groźbą powrotu do GUŁagu w razie fiaska. Powtarzał więc, że im więcej potu podczas ćwiczeń, tym mniej krwi w boju – a trzeba było naprawdę wyciskać pot, nie tylko ze siebie, ale i z podwładnych, jeżeli miało znów powstać prawdziwe wojsko.

 

Czy ten łańcuch wydarzeń, który tak wpłynął na historię, rzeczywiście został wywołany przez prowokację Hitlera? Przypadek, czy perfidne, szatańskie, ale i genialne posunięcie? Czy w Armii Czerwonej mógł istnieć spisek, a prowokacja Hitlera go odsłoniła? Pytanie to prawdopodobnie nie zostanie wyjaśnione. Nie ma świadków, nie przeżył nikt, nawet znajomy znajomych lub krewny krewnych, kto mógłby cokolwiek wiedzieć o tej sprawie.

 

Jednak logiczne rozumowanie wskazuje, że żadnego spisku być nie mogło. Nigdzie nie doszło do zorganizowanej próby oporu, buntu. Gdyby naprawdę istniała jakaś zorganizowana grupa, to w obliczu ostatecznego zagrożenia, kiedy nie miała absolutnie niczego do stracenia, musiałaby podjąć próbę walki. Nawet w ostatniej chwili, organizacja zawodowych wojskowych, miałaby opracowany plan alarmowy, to rutyna. Nie zdarzyło się nic takiego. Tępienie kadry generalskiej, a potem oficerskiej trwało przez co najmniej dwa lata, cały rok 1937 i 1938, nie licząc jeszcze stosunkowo małej liczby ofiar w 1936 r.

 

Przed wymordowaniem kadr Armii Czerwonej, Stalin był nie tylko wysoko cenionym i potrzebnym człowiekiem, ale wprost mężem opatrzności. Powód jest prosty. Armia to kosztowna zabawka, potrzebuje pieniędzy, pieniędzy i jeszcze więcej pieniędzy. Nigdy w historii zmilitaryzowane reżimy nie potrafiły sobie tych pieniędzy zapewnić. Zupełnie jakby wykształcenie ekonomiczne i wojskowe stanowiły wewnętrzną sprzeczność. Od czasu Imperium Rzymskiego, ile razy wojsko próbowało bezpośrednio rządzić krajem, w krótkim czasie doprowadzało go do ruiny. W wyniku tego następnie cierpiała armia. Panem armii jest ten, kto ma worek pieniędzy i jest w stanie zapewnić jej potrzebne środki.

 

Rosja po strasznych przejściach rewolucji była krajem zrujnowanym, o najniższym poziomie dochodu narodowego w Europie. Mimo to, że ludzie żyli w skrajnej nędzy, Stalin potrafił skutecznie zmusić ich do pracy nad siły. Wyciskał zapewne ponad 50% dochodu narodowego na potrzeby wojska w szerokim sensie (tzn. wraz z przemysłem zbrojeniowym i zapleczem badawczym i konstruktorskim). Obojętnie, na ilu milionach trupów je zbudowano, wielkie piece w Magnitogorsku, fabryki tzw. traktorów gąsienicowych w Charkowie i Stalingradzie (z tajnymi oddziałami produkującymi czołgi) itp. musiały powstać na czas.

 

Armia Czerwona doszła do takiej potęgi, jakiej aż do wojny nie osiągnęła armia hitlerowska. Żaden inny człowiek nie byłby w stanie dostarczyć potrzebnych środków. Nikt nie potrafił stosować takiego przymusu i terroru, zmusić do posłuszeństwa i morderczego wysiłku. Hitlerowskie hasło „Kanonen statt Butter” to drobnostka. Rosja nie dostała kredytów, pożyczek, nie zbroiła się za cudze pieniądze. Cały ten potworny ciężar nałożono na robotników i chłopów, coraz więcej na niewolników (więźniów obozów). Nowe miasta i nowe zakłady budowano na milionach trupów.

 

Na tle ogólnego piekła Armia Czerwona stanowiła uprzywilejowaną elitę. Żyli lepiej od innych, nie głodowali, pracowali wprawdzie też ciężko, ale z poczuciem sensu. Przygotowywali się do wielkich zadań, może poświęcenia życia i zdawali sobie sprawę, że to oni „zajeżdżą kobyłę historii”, cały świat będzie ich. Łączyło ich coś więcej, niż zwykły „esprit de corps” – poczucie zamieniające się w pewność, że są wybrani, że już wkrótce się zacznie ogólna ofensywa na wszystkich frontach, której nikt i nic nie zdoła powstrzymać. To oni zostaną ostrzem rewolucji: armia stworzona i nastawiona wyłącznie na ofensywę, dojście do Atlantyku jednym potężnym uderzeniem bez względu na straty. Nie mówiono już o obronie rewolucji. Koncepcja obrony własnego terytorium coraz bardziej szła w zapomnienie, mieli przewagę i inicjatywę. Te wszystkie możliwości dał im Stalin, armia była tego świadoma, lojalna i wierna, na razie.

 

Może kierownictwo Armii Czerwonej, po wojnie, zwycięstwie i opanowaniu świata lub znacznej jego części, liczyło się z ewentualnością odsunięcia i zastąpienia Stalina, gdy przestanie być potrzebny po wypełnieniu swej roli. Tuchaczewski i jego współpracownicy mieli wyrobiony sąd o Stalinie. Uważali go za niekompetentnego w sprawach taktyki i strategii.

 

Tuchaczewski też nie był orłem. Urodzony żołnierz, kompetentny i wzorowym oficer, dobry generał, na wodza się nie nadawał. Był posłusznym wykonawcą rozkazów bez większych ambicji osobistych, czego dowiódł w czasie masakry zbuntowanych marynarzy w Kronsztadzie. Wypełnił dokładnie instrukcje, chociaż sam brzydził się wpychaniem tłumu jeńców pod lód. Ani przez chwilę nie brał pod uwagę możliwości dokonania zamachu stanu, choć miał wtedy w ręku wszystkie atuty i siłę. Mógł pochwycić pełnię władzy, z dobrymi szansami na utrzymanie jej. Jednak pozostał posłusznym wykonawcą, tyle, że nie pozwalał nikomu psuć roboty, którą wykonywał, wtrącać się w swoje kompetencje. W armii, tylko w zakresie fachowym, starał się zachować samodzielność nawet wobec Stalina.

 

Proces Tuchaczewskiego (i innych wyższych dowódców) odbył się publicznie i pokazowo, zawiadomiono korespondentów zagranicznych. Prasa zamieszczała szczegółowe relacje ze sprawy będącej światową sensacją. Stała się rzecz niemożliwa – oskarżeni w ogóle się nie bronili i do wszystkiego przyznali.

 

Różne gazety przedstawiały różne opinie, ale opis faktów podobny, reporterzy biegali po Moskwie i starali się wygrzebać nowe wątki. Pierwszym z nich była śmierć Jana Gamarnika, poprzedzająca te wypadki.

 

Jan Gamarnik był renegatem żydowskim z tzw. litwaków, fanatycznym ideowym komunistą, szefem Zarządu Politycznego Armii Czerwonej, pierwszym zastępcą Tuchaczewskiego i jednym z wiceministrów Ludowego Komisariatu Obrony. Skomplikowane były to stosunki: służbowo podlegał Tuchaczewskiemu, po linii partyjnej był na pierwszym miejscu, jako prowadzący zespołu KC do spraw Armii. Jednak nie miało to znaczenia, ci dwaj ściśle współpracowali i uzupełniali się wzajemnie i w zakresie ściśle wojskowym, i stosunków partyjnych. Gamarnik awansował z Okręgu Dalekiego Wschodu, gdzie pełnił podobne funkcje przy Bluecherze i uważany był za jego przyjaciela.

 

Gamarnik pracował do późnej nocy nad plikiem papierów, gdy oddział GPU włamał się do domu. Powiadomiony o aresztowaniu zaprotestował gwałtownie, wskazując na papiery. Twierdził, że kończy pilny raport, który obowiązany jest przedstawić na sesji Komitetu Centralnego jutro. Potem odda się w ręce GPU. Gamarnik był wielki i silny jak byk, ale w tym wypadku bez szans. Z przestrzeloną głową padł na stół. Tryskająca krew zalała papiery, czyniąc je całkowicie nieczytelnymi. Wydawało się dziwne, że szczegół o nieczytelnych papierach powtarzał się we wszystkich doniesieniach, jakby przypisano mu wyjątkowe znaczenie. Być może, w świetle przypuszczeń, opisanych w końcowym dodatku, tak właśnie było; chodziło o uniknięcie pytań o te papiery. Może agenci GPU zobaczywszy treść, przerazili się, wiedząc, że nikt, kto je widział, nie przeżyje. Naiwni, chcieli oszukać swą śmierć. Nikomu, ani wtedy, ani w przyszłości, nie udało się odnaleźć żadnego z ludzi, którzy uczestniczyli w tej akcji. Choć reporterzy wychodzili ze skóry. Zdobycie takiej sensacji oznaczało sławę i karierę.

 

Kilka dni później aresztowano Tuchaczewskiego i siedmiu czołowych generałów, jeszcze tej samej nocy specjalny Sąd Wojskowy na nadzwyczajnej sesji skazał ich na śmierć. Egzekucji dokonano rano. Posiedzenie miało przebieg jawny, w obecności reporterów prasy, lecz tylko ZSRR. Oskarżeni do wszystkiego się przyznali, oskarżali siebie i innych, potwierdzali wszystkie zarzuty i wymienili dalsze nazwiska, wskazując winnych.

 

Dziesiątki dalszych oskarżonych przed śmiercią wskazało setki innych, te setki tysiące, potem ruszyła lawina, obywając się bez publicznych, często jakichkolwiek procesów. Formalności załatwiano często po śmierci podejrzanych.

 

Podobne czystki odbywały się uprzednio, choć nie na tak wielką skalę, w siłach bezpieczeństwa. Kolejni komendanci Czeka, GPU, później NKWD i w końcu KGB kończyli w celi śmierci. Potem zabijano ich współpracowników i dalej prowadzono czystkę. „Wymieniono”, w podobny sposób bataliony ścisłej ochrony Kremla, Łotyszów, Chińczyków. Na wzór obcych gwardii królów francuskich, Stalin czuł się lepiej wśród ludzi wyobcowanych ze społeczeństwa.

 

W Armii zabito prawie wszystkich dowódców z inicjatywą: zastępców komisarza obrony, za wyjątkiem Budionnego i Klimenta Woroszyłowa, który związany był ze Stalinem od czasów obrony Carycyna (Wołgogradu). Dowodził tam ze Stalinem, Komisarzem Politycznym. Wspólnie rozsmakowali się w morderstwach na barce rzecznej, gdzie łatwo było pozbyć się trupów, karmiąc nimi ryby. Miasta nie obronili, oddali go „Białym”, ale tak kompletnie wytępili przeciwników politycznych, że „kontrrewolucja” nic na tym nie zyskała.

 

Woroszyłow pozostał na stanowisku Ludowego Komisarza, by wyznaczać Sądy Wojskowe i zatwierdzać wyroki. Drugi zaufany Stalina, Budionny, przewodniczył w ważniejszych sądach. Na początku, gdy sądzono i skazywano marszałków, sędzia musiał był równy stopniem. Za wyjątkiem tych dwóch, śmierć poniosło pozostałych trzech marszałków ZSRR, wszyscy dowódcy siedmiu okręgów wojskowych i ponadto 90% generałów. W tym 60 z 67 dowódców korpusów, 136 z 190 dowódców dywizji, 221 z ok. trzystu dowódców brygad itd. A także ok. 90% pułkowników. Zginęło około 35 tysięcy oficerów i nieznana liczba podoficerów i żołnierzy, zwłaszcza specjalistów i techników z wykształceniem. Drobna ilość, w porównaniu do wszystkich ofiar Stalina, lecz najważniejszych.

 

Jeszcze w 1940 roku, gdy już, od dwóch lat Stalin usiłował odbudować Armię Czerwoną, z kontrolowanych 225 dowódców pułku, ani jeden nie ukończył Akademii, tylko 25 było po szkołach oficerskich, pozostałych dwustu po sześcio- lub trzymiesięcznych kursach na podporucznika. Ok. 70% dowódców dywizji, pułków oraz komisarzy politycznych zmieniono, pełnili funkcje tylko kilka miesięcy.

 

Flota już poprzednio przeszła gruntowną czystkę, zaraz po Kronsztadzie i buntach marynarzy czarnomorskich, dlatego tym razem nie ucierpiała tak strasznie (tylko wyższe dowództwo) i zachowała zdolność bojową. Rozstrzelano wszystkich admirałów floty i admirałów pierwszego stopnia, dziewięciu z piętnastu ddmirałów drugiego stopnia, lecz niewielu kapitanów.

 

Wydawało się, że ocaleje również armia dalekiego wschodu, stojąca w gotowości bojowej naprzeciwko wojsk japońskich. Dowódcą jej był legendarny bohater ZSRR i prawdopodobnie największy strateg – Bluecher. Pozostawał w złych stosunkach z Tuchaczewskim, ale miał zbyt wielkie zasługi i sławę, aby się go pozbyć (podobno przewyższał samego Frunzego). Tuchaczewski wyznaczył go na to samodzielne stanowisko, lecz daleko. Dochodziło wówczas do częstych incydentów między Armią Kwantuńską i Armią Czerwoną. Wiosną 1938 Bluecher złożył publiczne oświadczenie, że wojska ZSRR na dalekim wschodzie postawiono w stan bojowy, przygotowane na każdą ewentualność i zdolne do odparcia agresji. Oświadczenie to stało się sensacją dla prasy światowej. W świetle późniejszych zdarzeń uznano za próbę ocalenia własnej głowy (nie zmienia się wodza przed bitwą). Jednak nawet w krytycznej sytuacji na dalekim wschodzie, Stalin nie przepuścił ostatniemu wielkiemu dowódcy.

 

Jako zastępcę Bluechera, wysłał swego zaufanego, nieznanego dotąd generała Żukowa. Nie wyróżniał się zdolnościami, a fizycznie przypominał Tuchaczewskiego: też silny, prawie atletyczny i też bez dyskusji wykonujący każdy rozkaz. Wkrótce Bluecher został wezwany na naradę do Moskwy, wyjechał uroczyście ze wszystkimi honorami i świtą, specjalną salonką (reszta świty w drugiej). Lecz do Moskwy oba wagony nie dotarły. Zniknęły po drodze wraz z pasażerami i nigdy się więcej nie pojawiły. Jak na kpiny zarządzono oficjalne poszukiwania, prasa całego świata miała kolejną sensację i ubaw. Jednak tym razem nie było oficjalnego procesu, ni lawiny dalszych aresztowań.

 

Wkrótce rozpoczął się japoński atak. Żukow dokładnie zrealizował opracowany przez Bluechera plan i pobił Japończyków. Zapoczątkowało to jego wielką karierę. Niewątpliwie wiele się nauczył i skorzystał przy tej okazji, co dało mu przewagę nad innymi radzieckimi generałami, wysuniętymi w tym czasie przez Stalina. Na przykład Timoszenko, któremu Stalin powierzył całość armii, pojmował atak jako operację siłową, dosłownie trykanie głową w ścianę. Planowanie oznaczało dla niego obliczenie wielkości, masy i przybliżonej wytrzymałości tej ściany, ilości potrzebnych głów, ich gęstości, nasycenia na poszczególnych odcinkach.

 

Wprawdzie również Żukow pozostał zwolennikiem rozwiązań siłowych, jednak zetknięcie się z takim mistrzem manewru, jak Bluecher i pośmiertne wykonanie jego planów, ogromnie poszerzyło horyzonty Żukowa. Wykonał te plany skrupulatnie i wiernie, choć nie osiągnął poziomu mistrza. Tego nie można się nauczyć, potrzebne jest wrodzone wyczucie, predyspozycja, którą następnie doświadczenie rozwija. Jednak to wystarczyło, by zostać gwiazdą pierwszej wielkości. Na ówczesnym bezrybiu i rak był wspaniałą rybą.

 

Idee Tuchaczewskiego znalazły uznanie po jego śmierci, na nich oparł założenia taktyczne i strategię Guderian, potem korzystali z nich wszyscy specjaliści broni pancernej. Lecz w ZSRR Woroszyłow demontował nowoczesne wielkie jednostki, tworząc własnego pomysłu mieszane korpusy. W pocie czoła kręcił tak w kółko aż do wojny Fińskiej, kiedy nawet Stalin musiał zauważyć jego niekompetencję. Pozostawił go w roli głównego potakiwacza, lecz na bocznym torze.

 

Teoretycznie Armia Czerwona miała wciąż 15 tysięcy czołgów, ale niezdatnych do bitwy, rujnowanych wskutek braku konserwacji i fachowej opieki. Można powiedzieć, że te, które mogły się poruszać, nadawały się jedynie na defiladę. Armia Czerwona powinna była się ich pozbyć, ale nikt nie odważył się zameldować tego Stalinowi. Stanowiły ciężkie brzemię w kampanii 1941 roku. Około 15% przetrwało niemiecki atak i walczyło, drugie tyle zniszczył ogień nieprzyjaciela, ponad 60% zostało porzucone po drodze.

 

Sowieci mieli doskonałych konstruktorów i projektantów, biura i zakłady, ich czołgi nie były gorsze; te nowoczesne zdecydowanie lepsze. Lecz przestarzałe należało dawno wycofać. Ale dowódcy bali się.

 

Nie należy żałować, że Tuchaczewski nie mógł użyć armii zmechanizowanej we właściwym czasie. Polska na pewno nie miałaby żadnych szans. Reszta Europy też nie. Lecz Stalin wyciął serce Armii Czerwonej. Lękał się, że zwycięskie dowództwo stanie się bardziej popularne od niego. Jaki sens miałaby Światowa Rewolucja nie pod jego dowództwem? Hitler to trafnie odgadł i wykorzystał.

 

Andrzej Anonimus

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*