The land of opportunity – Ameryka od środka

Wiadomo już, że następnym prezydentem USA będzie albo John McCain albo Barack Obama. Amerykańscy wyborcy zadecydują w listopadzie o tym, który z nich odniesie ostateczne zwycięstwo. A ponieważ już dawno nie było kandydatów tak skrajnie różniących się od siebie — począwszy od wieku, a skończywszy na zapatrywaniach dotyczących wojny w Iraku — dyskusje między nimi zapowiadają się fascynująco.

Zanim jednak ostatni etap kampanii wyborczej rozpocznie się na dobre, warto zastanowić się przez chwilę nad tym, co się na naszych oczach właśnie dokonało. Po raz pierwszy w historii USA kandydatem na prezydenta została nominowana osoba czarnoskóra. Jest to fakt krzepiący, niezależnie od tego, kto ostatecznie wygra. Winien to być pozytyw dla absolutnie wszystkich, w tym również dla tych, którzy nadal zdradzają uprzedzenia na tle rasowym i patrzą na to, co się dzieje z niechęcią.

Barack Obama wygłosi swoje przemówienie akceptacyjne w czasie konwencji Partii Demokratycznej dokładnie w tym dniu, w którym przed laty Martin Luther King wystąpił ze swoją słynną do dziś przemową “I have a dream…”. Ameryka udowodniła właśnie, że od tamtego czasu wiele się zmieniło, a historia Baracka Obamy raz jeszcze potwierdza — ku zdumieniu niemal całego świata — iż Stany Zjednoczone to kraj, w którym absolutnie wszystko jest możliwe, nawet wtedy, gdy teoretycznie nie ma na to żadnych szans.

Przeczytałem ostatnio kilka komentarzy na temat amerykańskiej kampanii wyborczej w periodykach brytyjskich, włoskich i niemieckich. Tak dobrej prasy Ameryka nie miała w Europie od czasu zamachów terrorystycznych w 2001 roku. Po siedmiu latach kulawej polityki zagranicznej, po czterech latach kontrowersyjnej wojny Stany Zjednoczone straciły sporo światowego prestiżu. Okazuje się jednak, że wystarczy jedno wydarzenie o historycznym, przełomowym znaczeniu, by wszystko to odmienić.

Tak zwany “image” Ameryki zawsze budowany był na sloganie “the land of opportunity”, czyli na przekonaniu, że absolutnie każdy w tym kraju — bez względu na pochodzenie, status społeczny, zapatrywania, kolor skóry i wyznawaną religię — może dokonać cudów, jeśli tylko wykaże się ambicją, uporem i rzetelną pracą. Ta prosta a jednocześnie fascynująca zasada gubi się czasami w ferworze szarej codzienności, ale nadal jest zasadniczym wyznacznikiem amerykańskiego mitu, który od kilkuset lat przyciąga tu ludzi z całego świata.

Ponieważ John McCain jest politykiem równie ciekawym jak Obama, należy się spodziewać, iż bezpośrednie starcie między nimi będzie zdecydowanie inne od poprzednich kampanii wyborczych. Nieco zniechęcona, uwikłana w problemy ekonomiczne Ameryka może na tym wyłącznie zyskać. Zresztą już zyskuje, bo wygrana przez Obamę nominacja powitana została w wielu zakątkach świata jako absolutna sensacja — w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Raz jeszcze trzeba podkreślić, iż wszystkie te oceny nie mają nic wspólnego z tym, czy ktoś Baracka Obamę uwielbia lub czy nie może go znieść. Nie jest również ważne to, czy ktoś jest liberałem, konserwatystą, katolikiem, protestantem, białym, czarnym, latynosem lub jeszcze kimś innym. A już najmniejsze znaczenie ma to, czy Obama wygra w listopadzie. Chodzi raczej o symbolizm tego, co się w trakcie dotychczasowej walki wyborczej wydarzyło. W różnych zakątkach naszego globu ludzie drapią się w głowę i wygłaszają masowo komentarz, który zawsze był jednym z najlepszych komplementów pod adresem Stanów Zjednoczonych — “Only in America…”.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*