Szpecenie krajobrazu – Ameryka od środka

Turyści od wielu już lat masowo zjawiają się w Południowej Dakocie, by oglądać przedziwną atrakcję – wykute w skale jednego ze zboczy tzw. Czarnych Wzgórz ogromne twarze kilku prezydentów. Zawsze pomysł wykucia tych portretów wydawał mi się dość dziwny, by nie powiedzieć obraźliwy. Czarne Wzgórza to odwieczne, w pewnym sensie święte tereny plemienia Siuksów. Nie kwestionując zasług prezydentów wykutych w skale, trzeba się zastanowić nad celowością ich istnienia akurat w tym miejscu, a być może w ogóle. Zresztą pomysł stworzenia Mount Rushmore był od samego początku niezwykle kontrowersyjny i wywoływał sporadyczne protesty, nie tylko ze strony plemion indiańskich.

W zasadzie wątpliwości dotyczą dwóch spraw. Po pierwsze, jaki jest sens okaleczania środowiska naturalnego przez trwałą jego transformację? Nawet gdyby ktoś bardzo chciał, pierwotnego kształu tej części Czarnych Wzgórz nie da się już przywrócić. Po drugie, dla nadal tam mieszkających Siuksów wykute w skale twarze są zapewne symbolem ekspansji białych i wielu tragedii z tym związanych, a nie wyrazem szacunku dla dawnych przywódców kraju. Jestem pewien, że Polakom nie bardzo podobałby się pomysł wykucia w tatrzańskim zboczu twarzy Stalina. Nie porównuję oczywiście żadnego amerykańskiego prezydenta do gruzińskiego dyktatora, ale faktem jest to, że Indianie patrzą na historię USA z zupełnie innego punktu widzenia niż reszta kraju.

Okazuje się też, że Siuksowie są o tyle sprawiedliwi, iż w swoich uświęconych wzgórzach nie chcą żadnej ludzkiej interwencji, nawet ku czci własnych bohaterów. W roku 1948 ktoś wpadł na pomysł, by niejako w odwecie za Mount Rushmore w innej skale Czarnych Wzgórz wykuć postać legendarnego wodza Siuksów, Szalonego Konia (Crazy Horse). Dzieła tego podjął się wtedy rzeźbiarz polskiego pochodzenia, Korczak Ziółkowski, za namową Indian plemienia Lakota. Przez całe dekady trwały prace nad tym monumentalnym dziełem, a gdy Ziółkowski zmarł w 1982 roku, jego misję przejęła żona, która wraz z dziećmi nadal zabiega o ukończenie tzw. Crazy Horse Memorial.

Oczywiście upór i poświęcenie rodziny Ziółkowskich zasługują na ogromny podziw. Nie zmienia to jednak faktu, iż całe to przedsięwzięcie budzi takie same zastrzeżenia jak Mount Rushmore. Choć bohater jest inny niż w przypadku portretów prezydenckich, nadal chodzi o niszczenie naturalnego piękna tych terenów. Niektórzy okoliczni Indianie wyrażają zadowolenie z faktu, że ich dawny wódz zostanie unieśmiertelniony. Dodają jednak, że indiańskim plemionom potrzeba jest nie tyle pomników, co realnej szansy na lepsze życie. Kwestionują też celowość jeszcze jednej ludzkiej interwencji w naturalny krajobraz tych okolic.
Okolicom Mount Rushmore kontrowersje nie są obce. W roku 1971 doszło do krótkiej okupacji tego wzgórza przez Indian, którzy nazwali je Crazy Horse Mountain. Jednak ci sami Indianie wcale nie pałają entuzjazmem do przyszłego Crazy Horse Memorial. Większość chciałaby pozostawić te okolice w spokoju, tak by wyglądały w miarę podobnie jak za czasów Szalonego Konia. Jest na to niestety za późno. Projekt, nad którym z takim mozołem pracował przez ponad 30 lat Korczak Ziółkowski, doczeka się zapewne kiedyś realizacji, ale niczego to nie zmieni. Zamiast jednej rzeźby w skale, będą dwie – tym samym jest to współzawodnictwo, w którym w dość przedziwny sposób chodzi o szpecenie niezwykle ważnych dla Indian gór.

Pomniki, jak śmiem sądzić, nadal znacznie lepiej ustawiać jest na tradycyjnych cokołach.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*