Świat urojeń

Z oczywistych względów George W. Bush w zasadzie już się nie liczy. Ostatnie miesiące ostatniej kadencji każdego prezydenta USA to okres “leżakowania”.

Wiadomo, iż odchodzący lokator Białego Domu raczej na pewno nie zdąży zrobić niczego znaczącego, natomiast kampania wyborcza jeszcze bardziej odsuwa prezydenta na bok, szczególnie wobec ogromnego zainteresowania mediów tym, kto zajmie jego miejsce. Jednak w przypadku Busha ostatnie miesiące władzy są szczególnie peryferyjne.

Choć przez ostatnie 7 lat z hakiem prezydent często zdradzał objawy życia w jakiejś innej rzeczywistości, wypełnionej częściowo lub całkowicie urojonymi sukcesami, jego ostatnie wypowiedzi zdają się sugerować, że przepaść między faktami i fikcją jeszcze bardziej się w jego przypadku pogłębiła.

Bush powiedział na przykład z absolutnym przekonaniem, iż “Ameryka nie znajduje się w recesji”. Nie wiem, na jakich faktach oparł tę opinię, ale warto zauważyć, iż przeciwnego zdania jest nie tylko były szef Federalnego Banku Rezerw, Alan Greenspan, ale również marzący o przeprowadzce na Pennsylvania Avenue John McCain, nie mówiąc już o demokratycznych kandydatach na prezydenta. Ponadto ogromna większość wyborców nie ma już na ten temat żadnych wątpliwości.

Faktem jest, iż prezydent nie musi jeździć na stacje benzynowe, gdzie już wkrótce zatankowanie pojazdu do pełna wymagać będzie zaciągnięcia pożyczki. Nie musi się przejmować tym, że zabiorą dom, że straci pracę (jego bezrobocie usiane będzie lukratywnymi odczytami w licznych uczelniach) lub że ceny żywności będą rosły jeszcze szybciej niż wiosenne kwiaty. Wszystkie te fakty być może w sumie składają się na sztuczną, niezwykle optymistyczną rzeczywistość, w której wszystko jest piękne i szczęśliwe.

Od przeciętnego, szarego życia meszkańców USA każdy prezydent jest z natury rzeczy odseparowany. W przypadku Busha separacja ta osiągnęła rekordowy poziom.

W świecie urojeń możliwe jest praktycznie wszystko, nawet jeśli zakrawa na surrealizm. Prezydent wysłał na przykład ostatnio Condoleezzę Rice do Bagdadu, jak zwykle po kryjomu i pod osłoną nocy, by “wzmocniła ona narastające w rządzie irackim tendencje centrystyczne i ugodowe”. Gdy pani Rice pochłonięta była owym wzmacnianiem, na tzw. “zieloną strefę”, w której przebywała, posypały się pociski wystrzeliwane przez zwolenników radykalnego, szyickiego kleryka, Muktada al-Sadra.

On sam zagroził jednocześnie otwartą wojną z rządem. W tych warunkach sens ma wyłącznie wzmacnianie zasieków i betonowych ścian wokół “zielonej strefy”.

Wracając do amerykańskiej gospodarki. Bush oznajmił, że w USA nie ma żadnego kryzysu, a jedynie występują “oznaki spowolnienia wzrostu gospodarczego”. W świecie urojeń przekonanie takie ma jak najbardziej sens – przecież nawet minusowy wzrost gospodarczy to również spowolnienie, tyle że do tyłu.

Ciekaw jestem w związku z tym, jakie zjawiska musiałyby się pojawić, by prezydent przyjął do wiadomości fakt nadejścia recesji. Może 20-procentowe bezrobocie? Benzyna po 5 dolarów za galon? Spadek cen domów o 50%. Wątpię. Nawet wtedy z punktu widzenia obecnej władzy mielibyśmy do czynienia z “wyjątkowo dramatycznymi oznakami spowolnienia wzrostu gospodarczego”.

W Iraku ostateczne, efektowne zwycięstwo czai się tuż za węgłem, a w kraju już za chwilę powróci ekonomiczna bonanza. Słowem – jest absolutnie w dechę. Przynajmniej w kontekście bajki, w której mieszka prezydent.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*