Słowa się liczą – Ameryka od środka

Czasami w trakcie prezydenckich kampanii wyborczych padają z ust kandydata słowa, w których później upatruje się punkt zwrotny, czyli w takim czy innym sensie moment decydujący. Tak było na przykład w roku 1976, kiedy Gerald Ford w czasie debaty z Jimmy Carterem oznajmił, że “w Europie Wschodniej nie ma dominacji sowieckiej”. Była to oczywista gafa, która przywitana została ze zdumieniem i zdecydowała o tym, iż Ford wyraźnie przegrał debatę. Być może właśnie byliśmy świadkami podobnie decydującej wypowiedzi, tym razem autorstwa Johna McCaina. W kontekście załamania się Wall Street i światowego kryzysu finansowego, którego końca na razie nie widać, senator z Arizony powiedział, że “podstawy amerykańskiej gospodarki są nadal drowe”. Później zaczął się z tej tezy pochopnie wycofywać, sugerując, iż miał na myśli “ciężko pracujących Amerykanów”, którzy mają być ową podstawą, ale brzmiało to bardzo nieporadnie.

Problem w tym, że ogromna większość Ameryki już dawno zdecydowała, iż rzeczy mają się kiepsko i że w przeciętnej kieszeni robi się dość pusto. Trudno w tych warunkach nie zauważyć, iż McCain albo nie wie, jaki jest rzeczywisty stan amerykańskiej gospodarki, albo też w “jego świecie” – wypełnionym milionami dolarów i domami, które trudno nawet policzyć – kryzys jest po prostu niewidoczny. Tym samym jego słowa dały wszystkim do zrozumienia, że republikański kandydat na prezydenta ma dość szczątkowy kontakt z ekonomiczną rzeczywistością kraju i z kłopotami, jakie jego mieszkańcy obecnie przeżywają.

Na domiar złego, McCain większość swojej dotychczasowej kariery politycznej spędził w roli zaciętego przeciwnika rządowej regulacji amerykańskiego rynku finansowego. Teraz, w obliczu narastającego kryzysu, nagle twierdzi, że popiera “zrobienie porządku z regulacją Wall Street” i jest skłonny przystać na rządowy interwencjonizm. Gdzie był przez ostatnie 26 lat?

Jednak nie tylko te wypowiedzi McCaina powinny budzić niepokój wyborców. Choć media w USA o tym nie wspominają, McCain udzielił niedawno wywiadu prasie hiszpańskiej. Zapytano go, czy jako prezydent będzie skłonny spotkać się z Jose Luisem Zapatero, socjalistycznym przywódcą Hiszpanii. Odpowiedział ogólnikowo, że spotka się “ze wszystkimi tymi przywódcami, którzy chcą z nami współpracować”, ale zdawał się mówić o Ameryce Południowej, a nie Hiszpanii. Gdy dziennikarze zadali mu to samo pytanie jeszcze raz, w zasadzie powtórzył te same frazesy. W końcu jeden z bardziej zirytowanych reporterów powiedział: “Ale ja mówię o Europie, przywódcy Hiszpanii. Czy spotkałby się pan z nim?” W odpowiedzi usłyszał: “Spotkam się z tymi, którzy szanują te same ideały, co my”.

Są tylko dwie możliwości. Po pierwsze, być może McCain po prostu nie wiedział, kto to jest Zapatero i skojarzył to nazwisko z jakimś radykałem w Ameryce Południowej, podobnym do Hugo Chaveza. Po drugie, możliwe jest to, iż kandydat na prezydenta USA nie chciał zdeklarować, że się z Zapatero spotka, ponieważ jest to człowiek o lewicowych poglądach, który wycofał żołnierzy swojego kraju z Iraku.

Obie te możliwości nie stawiają McCaina w zbyt dobrym świetle. Jeśli nie wiedział, kto jest przywódcą Hiszpanii, jego pretensje do doświadczenia w dziedzinie stosunków międzynarodowych i ogólnego, globalnego rozeznania stają się dość wątłe. Jeśli zaś rzeczywiście nie ma zamiaru z Zapatero się spotykać, mimo że jest to przywódca sprzymierzonego kraju, członka NATO, zwiastuje to kontynuację katastrofalnej polityki zagranicznej prezydenta Busha, która pozbawiła Amerykę autorytetu w wielu częściach świata i wpędziła nas w dość znaczną izolację. Może McCain spotka się chociaż z Władimirem Putinem, by mu raz jeszcze spojrzeć głęboko w oczy.

Tak czy inaczej, słowa wypowiadane w trakcie kampanii wyborczej zawsze się liczą, a stają się jeszcze ważniejsze na finiszu tego maratonu. Frazeologia płynąca w ostatnich dniach z obozu McCaina nie obiecuje niczego dobrego.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*