Senacki cyrk – Ameryka od środka

Wokół osoby Rolanda Burrisa, mianowanego przez gubernatora Blagojevicha do Senatu, wytworzyła się z gruntu idiotyczna sytuacja, którą sprokurowała sobie zupełnie niepotrzebnie Partia Demokratyczna. Jak wiadomo, gubernator ma prawo mianować na senackie miejsce zwolnione przez Obamę dowolnie wybraną przez siebie osobę. Blagojevich jest wprawdzie o różne rzeczy oskarżany, ale nadal gubernatorem jest, a zatem prawo to posiada.

W związku z tym nie ma żadnych podstaw, by Burrisa nie wpuszczać do Kapitolu lub sugerować, że jego nominacja jest w jakiś sposób “skażona”. Byłaby skażona, gdyby się okazało, że Burris “kupił” sobie miejsce w Senacie, ale wszyscy są zgodni co do tego, że nic takiego nie miało miejsca. Jeśli natomiast chodziło o to, by obecny gubernator Illinois nie mianował nikogo, trzeba było albo pozbawić go urzędu, albo też zarządzić wybory uzupełniające, co mógł zrobić stanowy parlament. Blagojevich wykazał się z pewnością bezczelnością, decydując się na mianowanie następcy Obamy w Senacie, bo wiedział, że wywoła to w obecnej sytuacji protesty. Nie zmienia to jednak faktu, iż zadziałał w tym przypadku zgodnie z prawem (dla odmiany).

Tymczasem przywódca senackiej większości, Harry Reid z Newady, najpierw oświadczył kategorycznie, że żadnego nominata przysłanego przez Blagojevicha nie pozwoli zatwierdzić, potem dopuścił do tego, by doszło do żałosnego incydentu, w czasie którego Burrisowi odmówiono wstępu do Kapitolu pod pretekstem “wad w dokumentacji”, a dopiero ostatnio zmiękł i zasugerował, że Burris jednak będzie senatorem. Do tego ostatniego wniosku doszedł rzekomo po telefonicznej rozmowie z Obamą, w czasie której prezydent-elekt miał mu podobno delikatnie zasugerować, by się przestał wygłupiać. Incydent przed Kapitolem miał dodatkowy, niezamierzony i przykry wydźwięk. Wydawało się przez chwilę, że 99 białych senatorów wyrzuciło za drzwi jedynego czarnoskórego kolegę, który ośmielił się pretendować do tego elitarnego klubu. Być może właśnie dlatego prezydent-elekt doszedł do wniosku, iż należy tę dyskusję przerwać.

Ale nie przestał. W telewizyjnym wywiadzie oznajmił, że “nie pracuje dla Obamy” i że zamierza przeciwstawiać się nadużyciom władzy wykonawczej. Jest to oczywiście wierutna bzdura, bo prezydent jest de facto przywódcą swojej partii i może skutecznie wywierać na senatorów nacisk w każdej zasadzie sprawie.

Heca z Burrisem, który chyba na pewno i tak zajmie miejsce w Senacie, nie była nikomu do niczego potrzebna. Przed Kongresem stoją olbrzymie, niezwykle poważne problemy i nie ma czasu na tego rodzaju cyrk. Niestety nie pierwszy już raz okazuje się jednak, że w roli przywódcy senackiej większości Harry Reid nie jest geniuszem. Prócz tego, że ma skwaszoną minę 24 godziny na dobę, jakby w dzieciństwie musiał chodzić do szkoły pod górkę w obie strony, to jeszcze co jakiś czas dopuszcza do przeróżnych, miałkich utarczek, z których później się potulnie wycofuje. A skoro tak, to po co je w ogóle wszczynać? W przypadku Burrisa Reid musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tego, iż nominat Blagojevicha będzie musiał zostać przyjęty, bo nie ma konstytucyjnych podstaw, by do tego nie dopuścić. Mimo to zmarnował tydzień na przepychanki i pustosłowie.

Po raz pierwszy od bardzo wielu lat demokraci kontrolują obie izby Kongresu i Biały Dom. Dobrze by zatem było pokazać, iż potrafią skutecznie rządzić i zajmować się tym, co dla wszystkich najważniejsze. W ramach tego dobrego rządzenia z pewnością nie mieści się bezsensowna kłótnia o to, czy ktoś może być senatorem z mianowania, czy też nie.

Blagojevich, którego kariera polityczna jest – moim zdaniem – skończona, siedzi w domu i zaciera zapewne ręce z radości. Na zakończenie udało mu się wywołać parlamentarną chryję, w której on sam wygląda znacznie lepiej od waszyngtońskich elit.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*