Sława jest ciężka

Czesława Maria de mono Cieślak, primo voto Gospodarek, secundo voto Kowalczyk.

 

Proszę Państwa – Violetta Villas!

 

Już jej nie ma, zmarła w samotności, 5 grudnia w poniedzialek. Żyła 73 lata.

 

„Mamo, smutno tu i obco, drzewa inne rosną i ciszy nikt nie zna tu…

Widzę znów nasz dom, ciebie, mamo, w nim, wspominam stary klon, ciemny i wysoki jak dym…

Mamo, nie myśl, że się skarżę, brak mi tylko marzeń i dawnych snów, moich snow…”.

To chyba najpiękniejsza piosenka w jej wykonaniu, jaką kiedykolwiek słyszałam.

 

Zabrakło marzeń, zabrakło snów, zabrakło normalności. Bo jej życie to tytaniczna, a jednocześnie zwariowana praca artystyczna. I opera, i operetka, i estrada. Paryska Olimpia i Las Vegas, Chicago i Nowy Jork, Japonia, Australia i setki innych miejsc. Studiując życiorys zastanawiałam się, dlaczego czasami godziła się występować w tandetach, kiedy mogła zawsze występować w najlepszych produkcjach. Może zabrakło jej kogoś, kto by ją prowadził, doradzał, myślał za nią, rozwijał intelektualnie. Możliwe, że ona sama tego nie chciała, uważając, że da sobie radę i nikogo nie potrzebuje. Sława potrafi otumaniać.

 

Mój starszy kolega, puzonista z Wrocławia, opowiadał, jak po pierwszym pobycie w Las Vegas Villas udzielając wywiadów w Polsce zaczęła mówić łamaną polszczyzną. To dało do myślenia wścibskim dziennikarzom, którzy od tej pory wzięli ją pod lupę. Zaczęto się z niej nabijać. Jak mówiono wtedy, „Villas się spaliła”.

 

Miała syna z pierwszego małżeństwa, lecz niedawno oskarżyła go o chęć przejęcia majątku, a tymczasem dawała się wykorzystywać opiekunce. Ciągle znaki zapytania, jakaś totalna paranoja.

 

Nie zabezpieczyła sobie praw do piosenek, przez co większość jej piosenek należy do ZAIKSU i Polskich Nagrań. Ostatnio zaczęła popadać w biedę. Ona, która w komunie w Polsce miała dwa Mercedesy i willę w Magdalence.

 

W 1968 roku dobrowolnie przyjęła propozycję wywiadu SB MSW, obierając pseudonim operacyjny „Gabriella”. Współpracę zakończyła w 1973 roku. Zastanawia, dlaczego kobieta o takiej sławie, głosie, urodzie i pozycjii godziła się na takie zobowiązania.

 

Artystka podobno zmagała się z uzależnieniem od alkoholu, morfiny oraz innych używek. Służba wywiadowcza, z którą była związana, odnotowała przypadki zakupu przez Villas narkotyków i wywołanych przez nie anormalnych zachowań za granicą. Na skutek tego zastrzeżono jej nawet paszport i wyjazdy z kraju w 1977 roku. Podobne notatki sporządzała SB ws. problemów Villas ze zdrowiem psychicznym. Z drugiej strony żal jej, bo różni ludzie zaczęli ją wykorzystywać. Przeżyła parę napadów rabunkowych w Magdalence. Dawała się psychicznie zniewalać (wykorzystywać finansowo), swojemu menedżgerowi i adwokatowi. Chicagowski biznesmen natomiast, który ją poślubił, chciał na niej zrobić biznes, później ośmieszył, że cały czas klęczała, modliła się, że wolała zajmować się zwierzętami, niż iść z nim do łóżka. Ech, życie… Villas, która w Las Vegas wjeżdżała na białym koniu na scenę i śpiewała z wielkimi światowymi artystami typu Frank Sinatra czy Paul Anka, teraz miałaby śpiewać na Jackowie. Zastanawiające.

 

Violetta powoli się pogrąża, ucieka w modlitwę, zamyka się. Niektórzy uważają, że jest chora i ta choroba nasila się, przez co daje sobą manipulować. Śpiewa infantylny repertuar, idzie na tanią sławę, zakłada schroniska dla zwierząt. Afery wybuchają jedna po drugiej.

 

W Chicago 8 lat temu rozmawiałam z nią na antenie. Przyszła do studia, niska z długimi włosami, ale nie „takimi”, w okularach, pokorna i jakaś zagubiona. W wywiadzie ciągle nawiązywała do Boga.

 

Mówi się, że miała głos i urodę, ale była chimeryczna. Prosta dziewczyna, rzucona na szerokie wody bez „ochrony”. Miała 17 lat jak urodziła syna, za 2 lata się rozwiodła, w międzyczasie wyjechała do Szczecina do szkoły muzycznej, później do Wrocławia, gdzie była tylko rok. Uważa się, że Villas była sopranem koloraturowym o rozszerzonej skali. Osobiście uważam, że była bardziej sopranem spinto, cięższym w gatunku i barwie, a jednocześnie z możliwościami koloraturowymi. Nie ulega wątpliwości, że miała piękny, potężny głos, wielką skalę, na pewno 4 oktawy, i jakąś podniecającą zmysłowość.

 

Zawsze wracała do domu rodzinnego w piosenkach. Widziałam ten dom na wzgórzu, jadąc kiedyś do Kudowy Zdroju na koncert. Zwykły, jak wiele w Polsce w tym czasie, lecz zapewne niezwykły, skoro tak wiele dla niej znaczył;

 

„W Lewinie koło Kudowy jest dom z mych dziecinnych dni.

Dziś stary, we wspomnieniach nowy, miał z polska otwarte drzwi…”.

 

Violetta Villas miała dobre serce. W latach 60. wspierała finansowo fundusz budowy Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. W późniejszym czasie życia pisała artykuły: „Jak wyrwałam się ze wsi”, „Musiałam zostawić syna”, „Jak przestałam być Czesławą”, „W Las Vegas byłam gwiazdą”, „Zazdrość zabiła tę miłość”, „Podstępem zamknęli mnie w psychiatryku” – te artykuły to jakby „wyrzucanie” przeszłości, która może bolała.

 

Ktoś powiedział – „zamieniła talent na kicz”… Nie ulega jednak wątpliwości, że miała to „coś”, co jest trudne do zdefiniowania, była inna. Może większą odpowiedź na wiele znaków zapytania w jej życiu znaleźliby ci, co wierzą w reinkarnację.

 

Być może Violetta Villas musi jeszcze coś „odrobić” w kolejnych wcieleniach…

 

Krytycy muzyczni mówią natomiast – „nie udźwignęła sławy”.

 

Marianna Dziś

mariannadzis@att.net

mariannadzis.blogspot.com

(847) 322-4740

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*