Równi i równiejsi

Ameryka od środka

Rząd USA aktywnie zaangażował się w sprawę odsunięcia reżimu Muamara Kadafiego od władzy i wspierał rebeliantów. A gdy pułkownik dostał się wreszcie w ręce swoich przeciwników i został zabity, prezydent Obama wyraził pogląd, że Libijczycy stoją u progu nowej ery wolności i demokracji. I do niczego nie można się w tym przypadku specjalnie przyczepić, bo Kadafi był szczególnie okrutnym, bliskowschodnim dyktatorem, który w swojej bardzo długiej karierze dopuścił się wielu czynów przestępczych. Jednak niemal dokładnie w tym samym czasie, gdy Libia świętowała swoje wyzwolenie spod jarzma, amerykańska dyplomacja umizgiwała się do innego dyktatora, pod wieloma względami jeszcze gorszego od Kadafiego.

 

Czy to jest możliwe? Niestety jest, i to od dawna, bo amerykańska polityka zagraniczna zawsze zdradzała niepokojący dualizm. Technicznie rzecz biorąc, konstytucja USA zabrania tortur, politycznych zabójstw i przetrzymywania więźniów bez dostępu do prawników i sądów, ale w praktyce bywa zupełnie inaczej. Te kraje, które uznane zostają za „wraże” Ameryce, prędzej czy później zostaną pociągnięte do odpowiedzialności. Jednak wobec „sprzymierzeńców” stosuje się znacznie łagodniejsze zasady, polegające głównie na przymykaniu oczu. Dwa różne standardy moralne to jedna z głównych przyczyn antyamerykanizmu w wielu częściach świata.

 

Gdy ginął Kadafi, sekretarz stanu Hillary Clinton przebywała z wizytą w Uzbekistanie, gdzie rozmawiała z „dożywotnim” prezydentem tego kraju, Islamem Karimowem. A Karimow to okrutny satrapa, który w roku 2005 osobiście rozkazał strzelać do demonstrantów w mieście Andidżan nad granicą z Kirgistanem. Zastrzelono wtedy 1250 zupełnie bezbronnych ludzi. Pan Karimow osobiście udał się na miejsce tych zdarzeń, by obserwować masakrę. Clinton nie rozmawiała jednak z uzbeckim prezydentem o takich błahostkach, lecz o „zacieśnianiu współpracy” z ważnym dla interesów USA sprzymierzeńcem. Zresztą poprzednie administracje zawsze ostrożnie tańczyły wokół Uzbekistanu, bo jest to kraj, który posiada ogromne zasoby surowców naturalnych i graniczy z Afganistanem.

 

Gdy wieść o masakrze w Andidżanie zaczęła być niewygodna dla Białego Domu, wprowadzono nieśmiałe sankcje gospodarcze przeciw Karimowowi, ale właśnie w tym roku je zniesiono, gdyż – jak powiedziała sekretarz Clinton – „pojawiły się oznaki poprawy sytuacji, jeśli chodzi o swobody obywatelskie i polityczne”. Naprawdę? Raport organizacji Human Rights Watch z ubiegłego roku dokumentuje liczne przypadki zamykania ludzi w więzieniach bez żadnego powodu, stosowania tortur, szykanowania rodzin opozycjonistów, itd. Uzbekistan pozostaje państwem policyjnym, w którym wszystkie media kontrolowane są przez władze, a wszelka opozycja jest zakazana. W roku 2002 agencja Amnesty International opisała przypadek Muzafa Awozowa, który został zamordowany w czasie pobytu w więzieniu, a – jak ustalili naukowcy z University of Glasgow – przyczyną śmierci było „ugotowanie tej osoby żywcem”. Gdy zaprotestowała publicznie matka zmarłego, została skazana na 6 lat ciężkich robót.

 

Wszystko to nie przeszkodziło prezydentowi Obamie w złożeniu telefonicznych gratulacji Karimowowi z okazji 20-lecia uzyskania przez Uzbekistan niepodległości. Jaka jest różnica między tym telefonem, a ewentualnymi gratulacjami dla Kadafiego z okazji 42. rocznicy sprawowania przez niego rządów. Do tych drugich gratulacji nie doszło, bo pułkownik, w przeciwieństwie do Karimowa, nie rządził krajem, który jest dla Ameryki idealną trasą dostawczą dla wojsk w Afganistanie.

 

Wybiórczość prodemokratycznej działalności USA na świecie zawsze była problemem. Osłabia to moralną pozycję Ameryki i budzi wiele wątpliwości, szczególnie w tych krajach, które i tak nie darzą naszego kraju sympatią.

 

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*