Romney o religii – Ameryka od środka

Republikański kandydat na prezydenta, Mitt Romney, który jest mormonem, zdecydował się wygłosić przemówienie dotyczące wyłącznie roli religii w amerykańskiej polityce. Zrobił tak dlatego, że tu i ówdzie pojawiają się zastrzeżenia co do tego, iż przedstawiciel dość kontrowersyjnej sekty może stać się prezydentem. Moim zdaniem, wystąpienie byłego gubernatora Massachusetts to fatalny pomysł, który został w fatalny sposób zrealizowany.

Po pierwsze, smutne to, iż we współczesnej Ameryce jakikolwiek polityk uważa, że tego rodzaju przemówienie wygłosić musi, by mieć szanse na wybór. Nikt nie jest w stanie zaprzeczyć, że częścią genezy państwa amerykańskiego jest religia chrześcijańska. Warto jednak pamiętać, że ludzie tworzący to państwo – głównie purytanie – uciekli z Europy przed prześladowaniami na tle religijnym. Dlatego właśnie wpisali do konstytucji prostą, ale niezwykle dla nich ważną zasadę. Dla przypomnienia, brzmi ona następująco: ‘‘Kongresowi nie wolno zatwiedzać żadnych praw ustanawiających religię, ani też zabraniać jej swobodnego wyznawania”. To krótkie zdanie jest podstawą do rozdziału państwa i religii, co w sumie składa się na fakt, iż przez ponad dwa stulecia USA to doskonale działający kraj, który jest nawskroś chrześcijański, ale posiada świecką strukturę władzy.

Biorąc powyższe pod uwagę, to że Romney jest mormonem nie powinno mieć jakiegokolwiek znaczenia, o ile tylko sam zainteresowany traktuje swoją wiarę jako część prywatnego życia duchowego, a nie receptę na sprawowanie władzy. Niestety nadal ma, a wystąpienie kandydata z jego manifestem religijnym stanowi pewnego rodzaju kapitulację wobec nacisków wszystkich tych, którzy przytoczonego powyżej zapisu konstytucyjnego nie traktują z należytym szacunkiem.

Jednak jeszcze większy sprzeciw budzi to, co Romney w swojej przemowie powiedział. Niektóre części jego wystąpienia były naiwnie uproszczone i wręcz obraźliwe. Przypomnę w tym miejscu, że przed laty, w czasie kampanii wyborczej późniejszego prezydenta Johna F. Kennedy’ego, elektorat miał wątpliwości co do tego, czy katolik z Massachusetts powinien być prezydentem i czy nie będzie znajdował się pod papieską kontrolą. JFK rozwiązał ten problem doskonałym, krótkim wystąpieniem, w którym powiedział, iż w USA obowiązuje ‘‘kategoryczny rozdział spraw państwa od spraw kościoła” i że jako prezydent będzie odpowiedzialny przed Ameryką, a nie przed Watykanem. Jakże inne było wystąpienie Romneya!

Podczas gdy Kennedy nalegał, że sprawy wiary są częścią prywatnego życia każdego obywatela, Romney oznajmił, że “wolność wymaga religii, a religia wymaga wolności”. W ten sposób związał jedną z naczelnych wartości amerykańskiej demokracji z wiarą, co jest o tyle zdumiewające, iż na świecie istniej wiele państw niezwykle religijnych (np. Iran), w których o żadnej wolności nie ma mowy, oraz państw w dominujący sposób świeckich (np. Szwecja), gdzie istnienia wolności osobistej obywateli nie sposób kwestionować. Jeśli myślał o wolności duchowej, można z nim polemizować. Jeśli jednak myślał o politycznych swobodach demokratycznych, jego teza nie ma większego sensu.

Oczywiście tak naprawdę Romney – wygłaszając powyższą frazę – miał na myśli wyłącznie chrześcijaństwo. Ale to dyskwalifikuje go jeszcze bardziej, ponieważ zdaje się sugerować, iż ludzie, którzy wyznają inne wiary lub nie wyznają żadnej – a akurat w USA różnorodność postaw wyznaniowych jest bardzo duża – w jakiś sposób nie są w stanie być wolni, lub idea wolności im nie przysługuje, a zatem są z natury rzeczy poza nawiasem amerykańskiego porządku konstytucyjnego. Czyżby były gubernator nigdy dobrze nie przeczytał zapisu o tym, iż władzom nie wolno zabraniać swobodnego wyznawania dowolnej wiary? I czy nie rozumie, że “dowolna wiara” to wszystkie możliwe orientacje religijne, łącznie z żadną?

Romney słusznie podkreślał chrześcijański rodowód Ameryki, który po dziś dzień ma ogromne znaczenie dla niemal wszystkich aspektów życia publicznego USA. Jednak zapomniał zupełnie o tym, iż tenże sam rodowód został przez autorów konstytucji celowo odseparowany od polityki już na samym początku istnienia państwa.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*