"Wyciągnięta" ręka

Ameryka od środka

Na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ wystąpił niedawno premier Izraela, Benjamin Netanjahu. Mówił wkrótce po złożeniu przez Autonomię Palestyńską wniosku o przyznanie Palestynie statusu pełnego członka tej organizacji. I – jak zwykle – opowiadał głupoty. Stwierdził, że „wyciąga rękę przyjaźni” do wszystkich Palestyńczyków, pragnąc ustanowienia z nimi trwałego pokoju. Rękę tę wyciąga już rzekomo od wielu lat, ale jest ona zawsze – jego zdaniem – „odtrącana”.

 

Jakby na potwierdzenie słów o przyjacielskich zamiarach, „Bibi” zaraz potem zatwierdził budowę tysięcy nowych mieszkań dla Izraelczyków chcących zamieszkać we wschodniej części Jerozolimy. Zarówno rząd USA jak i władze UE oświadczyły, iż decyzja ta nie jest „konstruktywna”. Jest to bardzo wątła krytyka Izraela, ponieważ budowa nowych osiedli mieszkaniowych jest po prostu nielegalna w świetle licznych postanowień Rady Bezpieczeństwa podjętych od 1967 roku. Kolejne administracje amerykańskie zawsze ten fakt ignorowały. Aneksja Jerozolimy do Izraela nigdy nie została uznana przez USA, a zatem dość kuriozalne jest to, że nielegalne osadnictwo w nadal okupowanym nielegalnie mieście jest tylko mało konstruktywne, a nie kryminalne.

 

Tymczasem Netanjahu nieustannie wyraża zdziwienie, iż Palestyńczycy nie chcą z nim rozmawiać aż do czasu całkowitego zamrożenia dalszej ekspansji żydowskiego osadnictwa na tereny palestyńskie. Nie sposób jednak nie zgadzać się w tym przypadku ze stanowiskiem palestyńskim. Wyobraźmy sobie, że po zakończeniu I wojny światowej, ale przed podpisaniem Traktatu Wersalskiego, a zatem przed wskrzeszeniem państwa polskiego, Niemcy i Rosja rozpoczynają budowę wielkich osiedli niemieckich i rosyjskich w Warszawie, Poznaniu, Bydgoszczy, Łodzi, itd. Cóż mogliby w takim przypadku powiedzieć Polacy, starający się odzyskać suwerenność państwową? Jak czuliby się patrząc na zabieranie im terytoriów, które miały stanowić integralną część odrodzonego kraju?

 

Netanjahu w ONZ zabłysnął też stwierdzeniem, iż do powrotu do granic z 1967 roku nie może być mowy. Ma rację, ale tylko w tym sensie, że nie można wracać do czegoś, czego się nigdy nie opuściło. Świat nadal uważa te linie graniczne za prawomocną podstawę jakiegokolwiek przyszłego układu pokojowego i tylko co bardziej konserwatywne rządy Izraela, na czele z obecnym, uważają, iż konieczna jest jakaś zasadnicza rewizja postanowień sprzed 44 lat. Rewizja ta miałaby oczywiście na celu uznanie za legalne wielu „faktów dokonanych”, np. całkowitej „żydowskości” Jerozolimy.

 

Netanjahu plecie nieustannie o tym, iż Jerozolima nie może nie być żydowska, podobnie jak Nowy Jork nie może nie być amerykański. Jest to jednak porównanie zgoła kretyńskie, jako że do Nowego Jorku jako ważnego symbolu nie mają żadnych pretensji trzy najważniejsze, monoteistyczne religie świata. Izraelski premier doskonale wie, choć udaje, że nie wie, iż jego nieprzejednana postawa jest sprzeczna nie tylko z prawem międzynarodowym i światową opinią publiczną, ale również z coraz bardziej realistycznie myślącym izraelskim elektoratem.

 

Nie wiem, do kogo „Bibi” nieustannie wyciąga tę rękę przyjaźni, ale wszystko wskazuje na to, że pomylił kierunki i do Palestyńczyków stoi odwrócony tyłem. Może ma zresztą rację, bo zawsze może liczyć na amerykański uścisk dłoni, niezależnie od skali głupot, które opowiada z różnych trybun.

 

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*