"Kolorowa" zadyma w Warszawie

Okiem felietonisty

Na Święto Niepodległości w dniu 11 listopada zarejestrowano w Warszawie około dwudziestu zgromadzeń. Ci urzędnicy, co wyrażali zgodę na zgromadzenia w tym dniu, są współodpowiedzialni za bezpieczeństwo zgromadzonych tam osób. Reżyserem i biernym współtwórcą scenariusza tego wyjątkowego dnia stała się pani prezydent Gronkiewicz-Waltz, na którą wyborcy nałożyli obowiązek dbania o miasto i podejmowania racjonalnych decyzji.

 

Pani prezydent ma jednak niedostatki wyobraźni i nie przewidziała tego incydentu. Po zadymie, przedstawiciele obu stron i kibicujący im polityczni showmeni, kłócą się w mediach, kto był pierwszy na liście, czy „Marsz Niepodległości”, czy „Kolorowa Niepodległa” i kto rozpoczął burdę. „Marsz Niepodległości” organizowały środowiska prawicowe, a kontrmarsz „Kolorowa Niepodległa” grupy „lewicowo-palikotowe”. Obie strony spotkały się w okolicach Placu Konstytucji, zresztą zgodnie z planem marszu.

 

Po zadymie, jaka zaistniała w okolicach tego miejsca, obie strony wzajemnie się oskarżają i obrzucają epitetami. Pani prezydent Warszawy, czyli bierny reżyser widowiska, czuje się jednak świetnie i pozostaje pod czułą opieką polityków własnej partii i zaprzyjaźnionych mediów. W szpitalach przebywają ranni policjanci, a spalone samochody policyjne i telewizyjne strannie uprzątnięto. Posiłki złożone z niemieckich awanturników odesłano z mandatami do Niemiec, kilku agresywnych polskich zadymiarzy skazano na więzienie. Po tej warszawskiej awanturze pozostały filmy, które do znudzenia powtarza się w polskiej telewizji.

 

A przecież mogło się skończyć inaczej, gdyby tak w czasie tego incydentu „Janek Wiśniewski padł”. Co by się wtedy stało?

 

O tym się jeszcze nie mówi, ale to można przewidywać w czasie kolejnego takiego wydarzenia. Co by się stało, gdyby były ofiary śmiertelne? Na takie pytanie trzeba spróbować sobie odpowiedzieć już dzisiaj. To należy do obowiązków polityków sprawujących władzę za pieniądze podatników. Politycy wyręczają się „gadającymi głowami” w telewizji, a problem narasta jak wrzód na ciele skarlałej, polskiej demokracji.

 

Polska prawica jest niedostatecznie reprezentowana w polskich mediach. Polska prawica, po zawirowaniach emocjonalnych w PiS, jest niedostatecznie reprezentowana w polskim parlamencie. Polska prawica, jak tak dalej pójdzie, przejdzie do podziemia i tam zacznie tworzyć struktury złożone z ludzi zaniepokojonych rozwojem sytuacji politycznej i ekonomicznej.

 

Ten warszawski incydent, z arcygłupim kontrmarszem „Kolorowej Niepodległej” i niemieckimi posiłkami, jest ewidentnym ostrzeżeniem na przyszłość. Zwycięstwo bezideowego Ruchu Palikota i medialna próba wykreowania tej partii na „jedyną” opozycję dla obecnej koalicji jest zabiegiem samobójczym dla polskiego parlamentaryzmu.

 

Nie ma w Polsce politycznej lewicy, nie ma prawicy, a pozostają przy władzy wasalni wobec globalizmu politycy liberalni, wręcz libertyńscy. Objawem zdrowia politycznego jest równowaga, a nie dominacja bezideowych liberałów. Taki rodzaj rządów jest może miły dla elit i finansowych spekulantów. Polskie media również bezmyślnie kibicują libertynom. Reporterka komercyjnej telewizji na pytanie innego dziennikarza: Czy widziałeś jakieś napisy nakłaniające do przemocy, odpowiedziała: tak, Bóg, Honor i Ojczyzna”.

 

Taki jest poziom zatrudnianych w mediach koleżków i pociotków.

 

Taki jest poziom komentarza do wydarzeń, które w przyszłości urosną do prawdziwego problemu, jeżeli nie będzie korekty politycznej, a odsunięci na margines młodzi ludzie nie znajdą własnej reprezentacji w życiu Polski. Po 20 latach transformacji ustrojowej z polskiej niepodległości pozostał tylko Marsz Niepodległości, ale nawet tego marszu nie pozwolono odbyć w oczekiwanym spokoju.

 

Przyszedł czas na refleksję, która może być jedyną pozytywną pozostałością po tym bolesnym incydencie.

 

16 listopada 2011

www.wojciechborkowski.com

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*