Przedwyborcze mrzonki

Przedwyborcze mrzonki

Nie jest dla nikogo tajemnicą, że stosunki USA z Izraelem mocno od pewnego czasu dołują, co jest w znacznej mierze wątpliwą zasługą premiera Benjamina Netanjahu, który od lat zdradza nie tylko znikomą chęć do jakichkolwiek kompromisów, ale też rażący czasami brak dyplomatycznego wyczucia. Jego zakulisowe przyjęcie zaproszenia do wygłoszenia przemówienia na forum Kongresu bez powiadamiania o tym prezydenta to przejaw braku taktu, który został przyjęty krytycznie nawet w amerykańskim środowisku żydowskim. Niestety wydaje się, że był to tylko wstęp do dalszych zgrzytów.

W połowie marca w Izraelu odbędą się wybory parlamentarne. Jeszcze przed kilkoma miesiącami wydawało się, że Netanjahu i jego partia Likud ponownie odniosą sukces. Dziś jest to o wiele mniej pewne. W przedwyborczych dyskusjach toczących się w Izraelu mało jest jakichkolwiek ważkich problemów, takich np. jak sprawa Palestyńczyków czy osiedli żydowskich na terenach okupowanych. Dużo jest natomiast sensacji o rozrzutności premiera i jego żony.

Jak wynika z opublikowanego właśnie raportu niezależnej komisji kontrolnej, Netanjahu wydaje na prawo i lewo państwowe pieniądze, zdradzając spore przywiązanie do eleganckiego życia. W raporcie znajduje się np. zapis o tym, że państwo Netanjahu tylko w jednym roku wydali 24 tysiące dolarów na dostarczane im do domu dania z niezliczonych restauracji, mimo że w ich siedzibie mają do dyspozycji własnego kucharza. W Izraelu powszechna jest też wiedza o tym, że „Bibi” lubuje się w koniakach, drogich cygarach i luksusowych przedmiotach codziennego użytku. Niektórzy uważają, że raport może się nawet stać podstawą do oskarżenia kryminalnego przeciw premierowi.

Mogłoby się zdawać, że w sumie jest to wewnętrzna sprawa Izraela, która nie ma żadnego wpływu na kontakty tego państwa z USA, czy też na amerykański krajobraz polityczny. Jednak jest nieco inaczej. Mianowicie od mniej więcej dwóch lat obserwuje się wyraźną erozję poparcia amerykańskiej społeczności żydowskiej dla Izraela, co przekłada się na zły stan amerykańsko-izraelskich stosunków. Stawiając sprawę otwarcie, premier Netanjahu nie jest postacią lubianą zarówno wśród wpływowych amerykańskich polityków żydowskich, jak i w Białym Domu.

Tymczasem sam Netanjahu wydaje się podążać w kierunku coraz mniej zrozumiałych dziwactw. Ostatnio oświadczył na przykład, że miejsce każdego Żyda jest w Izraelu i zachęcił wszystkich ludzi wyznania mojżeszowego do porzucenia swoich krajów i przyjazdu do państwa żydowskiego. Ma to być rzekomo odpowiedź na fakt, iż coraz bardziej szerzy się wszędzie antysemityzm, szczególnie w Europie, i że dlatego bezpiecznie Żydzi mogą się czuć wyłącznie we własnym kraju.

Jak by na to nie patrzeć, jest to pomysł szaleńczy. W Izraelu mieszka dziś pięć milionów Żydów, natomiast w pozostałych krajach świata jest ich w sumie nieco ponad 8 milionów. Gdyby ci ostatni nagle gremialnie skorzystali z zaproszenia izraelskiego premiera (choć z pewnością nie skorzystają) i zjawili się u bram Jerozolimy, Izrael przestałby istnieć jako stabilne państwo w wyniku katastrofalnego przeludnienia, chyba że wizja Netanjahu zakłada masowe osadnictwo na Wschodnim Brzegu Jordanu i wypędzenie stamtąd Palestyńczyków.

Należy założyć, iż premier doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ludność żydowska rozsiana po całym świecie nie porzuci swoich domów, by szukać w Izraelu domniemanego bezpieczeństwa. Jego zaproszenie to raczej celowa próba stworzenia nowego mitu o globalnym osaczeniu Żydów przez wraże siły i zbudowania wizji monolitycznej oazy żydowskiej, w jakimś sensie odseparowanej od reszty świata. Są to czyste przedwyborcze mrzonki, które w USA budzą coraz większe zdumienie.

Andrzej Heyduk

Na zdjęciu: Benjamin Netanjahu fot.Dan Balilty/Pool/EPA

Categories: Felietony, Heyduk

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*