Prokuratorskie “tortury”

Gdy stanowisko prokuratora generalnego USA opuszczał Alberto Gonzales, wydawało się, że niemal każdy jego następca będzie z definicji lepszy, bo gorzej już nie mogło być. Niestety okazuje się, że jest inaczej. Przed komisją senacką wystąpił bowiem nowy szef resortu sprawiedliwości, Michael Mukasey, który przez kilka miesięcy nie dawał o sobie za bardzo znać, a którego senatorowie ponownie zapytali o stosowanie tortur w czasie przesłuchiwania więźniów.

Mukasey, pytany wcześniej o to samo, kluczył i stosował karkołomne uniki, byle tylko nie udzielić żadnej konkretnej odpowiedzi. Tym razem swoje zawiłe sztuczki semantyczne zaprowadził na nowe wyżyny surrealizmu. Najpierw kilkakrotnie stwierdzał, że nie jest w stanie określić, czy metoda zwana “waterboarding” (symulacja topienia przesłuchiwanego) mieści się w definicji tortur. Ostatecznie senator Edward Kennedy, najwyraźniej zirytowany tym cyrkiem, zapytał prokuratora, czy uznałby tę metodę za tortury, gdyby “waterboarding” został zastosowany na jego własnej osobie. “Zapewne tak” – odpowiedział Mukasey.

Początkowo myślałem, że się przesłyszałem. Ale nic podobnego. Człowiek, którego zadaniem jest ochrona amerykańskiej praworządności, twierdzi publicznie, że topienie na niby przesłuchiwanych nie oznacza torturowania, chyba że przesłuchiwanym jest on sam, a wtedy nagle mamy do czynienia z torturami. Opowiadanie takich kosmicznych bzdur przez kogoś, kto posiada wykształcenie prawnika i kto przez wiele lat pracował w roli sędziego nie mieści się w głowie.

Gonzalesowi zarzucano przede wszystkim to, że pod jego wodzą resort sprawiedliwości był posłuszną marionetką w rękach Białego Domu i nie wykazywał żadnej niezależności od władzy wykonawczej. Gdy zatem na horyzoncie pojawił się Mukasey, była pewna nadzieja, że sytuacja ta zmieni się. Ostatnie zeznania przed senacką komisją nadzieje te przekreśliły.
Mukasey mówi głupoty na zlecenie prezydenta Busha i jego ekipy.

Nie jest w stanie przyznać otwarcie, że “waterboarding” to tortury, ponieważ gdyby tak zrobił, naraziłby się Białemu Domowi, który obawia się, iż z całej tej sprawy może się w przyszłości zrobić afera kryminalna. O ile jeszcze można do pewnego stopnia zrozumieć, iż nie nowy prokurator nie chce zajmować żadnego konkretnego stanowiska w imieniu Departamentu Sprawiedliwości, o wiele bardziej bulwersujące jest to, iż nie jest również w stanie powiedzieć otwarcie tego, co myśli prywatnie.

Gdyby był mniej zastraszony swoją obecną pozycją “między młotem i kowadłem”, mógłby przecież oświadczyć, że choć sam uważa “waterboarding” za tortury, jego resort dopiero analizuje tę sprawę i nie ma jeszcze ostatecznej opinii na ten temat. W ten sposób przynajmniej przestałby się publicznie wygłupiać. Przecież chyba doskonale wie o tym, iż symulowane topienie przesłuchiwanych, stosowane już przez Świętą Inkwizycję, a potem rozpowszechnione przez Japończyków w czasie II wojny światowej, było wielokrotnie potępiane jako tortury przez liczne kraje, w tym również USA.

Być może w pewnym sensie nie ma to już wszystko większego znaczenia. Michael Mukasey niemal na pewno straci swoje stanowisko po wyborach prezydenckich. niezależnie od tego, kto w nich wygra. Departament Sprawiedliwości przez ostatnie lata został niemal zupełnie zdemoralizowany i pozbawiony swojej tradycyjnej niezależności, a – jak się właśnie okazało – pod przewodnictwem nowego szefa nie ma raczej co liczć na renesans.

W szeregach tych republikanów, którzy obecną sytuację w tym resorcie uważają za fatalną, a takich polityków jest dość dużo, po cichu mówi się o tym, że “trzeba jakoś przetrwać” do wyborów, by wreszcie zacząć od nowa i zerwać z tendencjami, które budzą sprzeciw i potępienie nawet wśród sojuszników USA. Niestety, oznacza to jednak, że w czasie oficjalnych przesłuchań na forum Kongresu nadal padać będą wykrętne, trudne do strawienia idiotyzmy. Byle do jesieni.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*