Prawie Kaczor Donald

Ameryka od środka

Często zastanawiam się nad tym, jakie procesy myślowe wiodą różnych ludzi do wniosku, iż są oni odpowiednimi kandydatami na prezydenta USA. U progu nowego sezonu wyborczego, który zakończy się w listopadzie 2012 roku, myśli tego rodzaju są szczególnie natarczywe w przypadku Donalda Trumpa, bogatego budowniczego morza przeróżnych drapaczy chmur, zwykle kasyn gry i hoteli.

 

Kandydatura Trumpa to niemal na pewno głupi żart, bo jego szanse na sukces są praktycznie zerowe. Mimo to, wstępne badania sondażowe wykazują, że w szeregach republikańskich jest on na razie najpopularniejszy, szczególnie po jego zaangażowaniu się w „badania” dotyczące tego, czy Barack Obama urodził się w USA. Donald jeździ po kraju i plecie karkołomne głupoty, ale wszystko to znajduje pewien poklask, zapewne w kołach skrajnie obłąkanych.

 

Co jednak zaprowadziło Trumpa do decyzji o kandydowaniu? Gdzie w jego życiorysie znajduje się jakikolwiek wątek, który mógłby chociaż pośrednio sugerować, że byłby to właściwy człowiek w Białym Domu? Niczego takiego znaleźć nie można, chyba że wygłaszanie sakramentalnej frazy „You’re fired” w kosmicznie kretyńskim programie telewizyjnym pt. „The Apprentice” znamionuje automatycznie spore zdolności polityczne i dyplomatyczne. To, że Donald na serio myśli, iż jest odpowiednio w stosunku do swych obecnych aspiracji wykwalifikowany świadczy tylko i wyłącznie o jego zadufanej w sobie bezczelności.

 

Tu i ówdzie nieco bardziej poważni politycy republikańscy zaczynają przebąkiwać o tym, że Donalda trzeba będzie jakoś odsunąć na boczne tory, gdyż zachodzi niebezpieczeństwo tego, iż wyborcy zaczną utożsamiać walkę prawicy o odzyskanie Białego Domu z postaciami wręcz karykaturalnymi. Nieoficjalnie mówi się o groźbach płynących z „Donald Duck campaign”, czyli kampanii politycznej, w której ludziom w miarę normalnym przyjdzie dyskutować na forum publicznym, np. w ramach wstępnych debat, z miałkimi czubkami. Nie chodzi tu wyłącznie o Trumpa, lecz również o Michelle Bachmann, a może również Sarę Palin. Pani Bachmann znana jest powszechnie z nieustannych, szokujących opinii na niemal dowolny temat, natomiast pani Palin w zasadzie nie ma własnych opinii z wyjątkiem tej, że z Alaski widzi Rosję, co jest rzekomo bardzo korzystne dla Ameryki.

 

Nikt nie wie jeszcze dokładnie, kto ostatecznie kandydować będzie po stronie republikańskiej na prezydenta. Jednak stawka, która na razie się rysuje, nie wygląda zbyt apetycznie i nie jest to bynajmniej moje zdanie. Sondaż przeprowadzony w ostatnich dniach wśród ludzi zdradzających republikańską orientację polityczną wykazuje, że wiedzą oni coś niecoś o Trumpie, Bachmann i Palin, ale jednocześnie mają na ich temat dość negatywne zdanie. Z drugiej strony nie zdradzają praktycznie żadnej wiedzy o innych, bardziej poważnych kandydatach. Przykładowo, aż 80% republikańskich wyborców twierdzi, że nie może się wypowiadać o ewentualnej kandydaturze gubernatora stanu Minnesota Tima Pawlenty, bo nie wie, kim on jest. Ten sam wskaźnik dla gubernatora Mississippi, Haley Barboura, wynosi 85%.

 

Wydaje się zatem, że na razie toczy się kampania Kaczora Donalda, a wszyscy inni pozostają na uboczu. Pewnie się zastanawiają, jak do tego bezsensu można się w miarę sensownie włączyć.

 

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*