Pozoranctwo – Ameryka od środka

Ostatnio świat obiegła wiadomość, że rząd Izraela prowadzi od kilku miesięcy tajne rozmowy przez tureckich pośredników z Syrią. Podobno wstępne rezultaty tych negocjacji są zachęcające, a ich ostatecznym celem jest podpisanie przez stronę izraelską paktu pokojowego z jednym z najbardziej zawziętych wrogów państwa żydowskiego. Mówi się nawet o realnej możliwości oddania Syrii Wzgórz Golan.

Biały Dom dyskretnie nie wypowiada się na ten temat i nie można się temu dziwić – od wielu lat prezydent Bush prowadzi politykę zagraniczną, której zasadniczym przesłaniem zdaje się być unikanie jakichkolwiek rozmów z rządami krajów wrogich Ameryce. Gdy Bush wystąpił niedawno na forum Knessetu, skrytykował tam ostro tzw. “appeasement”, czyli strategię ustępliwości wobec co bardziej wojowniczych dyktatorów. Wmieszał w to nawet Polskę, mówiąc, co następuje: “Tę naiwną iluzję słyszeliśmy już w przeszłości. Gdy hitlerowskie czołgi przetaczały się przez Polskę w 1939 roku, jeden z amerykańskich senatorów powiedział, że wszystkiego tego można było uniknąć, gdyby mógł porozmawiać z Hitlerem”.

Jest to teza idiotyczna. Jeśli istotnie jakiś senator wierzył wówczas, że Hitlera można było zatrzymać słowami, powinien się był leczyć. Nie sądzę, by w latach 1938-39 ktoś mógł skutecznie rozbroić nazistowskie Niemcy ani też nie proponował ustępliwych negocjacji z przywódcą, który zdradzał coraz wyraźniejsze objawy wojowniczego szaleństwa.

Wróćmy jednak do dzisiejszej Ameryki. Słowa Busha skrzętnie podchwycił senator John McCain, który przypuścił generalny szturm na Baracka Obamę, oskarżając go o naiw-ność. Jak wiadomo, Obama jest zdania, iż Ameryka winna rozmawiać ze wszystkimi, nawet z wrogami, nie żądając niczego w ramach wstępu do tego rodzaju rozmów. Wyjątkiem są organizacje terrorystyczne, np. Hamas, z którymi senator z Illinois rozmawiałby wyłącznie po zrzeczeniu się przez nie co bardziej kontrowersyjnych zasad działania. Jest to pozycja całkiem sensowna, ale McCain usiłuje przekonywać, że siadanie przy jednym stole z przywódcami Iranu, Kuby i Syrii to ‘‘niebezpieczna nobilitacja” totalitarnych rządów.

Czyżby? Istnieją dwa poważne problemy tego rodzaju argumentacji. Po pierwsze, amerykańska historia usiana jest przykładami dobrej, zdecydowanej dyplomacji, która zakładała, iż z wrogami trzeba rozmawiać, a nie opowiadać głupoty o konieczności ich izolacji. Richard Nixon pojechał z historyczną wizytą do Chin, mimo kociokwiku ze strony krytyków, zmieniając w ten sposób globalny układ sił i przekształcając komunistów chińskich w niechętnych uczestników współczesnej cywilizacji. Ronald Reagan rozmawiał nieustannie z kolejnymi przywódcami ZSRR, mimo że w tym samym czasie w Amerykę wycelowane były sowieckie pociski z głowicami nuklearnymi. Do prowadzenia tego rodzaju polityki zagranicznej potrzebna jest nie tylko fachowość, ale również zwykła śmiałość. Tymczasem obecna administracja, podobnie jak ewentualna przyszła pod wodzą McCaina, nie jest w stanie zdobyć się na bezpośrednie kontakty z Ahmadineżadem, który na razie wycelować w Amerykę może jedynie własny palec.

Po drugie, mimo oficjalnych zapewnień o naganności rozmawiania z wrażymi rządami, Biały Dom po cichu robi dokładnie to samo, co Izraelczycy. Ameryka dogadała się pokątnie z Libią i wznowiła z tym krajem stosunki dyplomatyczne. Rozmowy z Koreą Północną, choć trudne, trwają z przerwami od lat. Innymi słowy, całe zamieszanie wokół domniemanej naiwności rozmawiania z przywódcami niechętnych nam krajów to polityczne pozoranctwo, a raczej wyssany z palca argument w coraz bardziej zażartej kampanii politycznej.
Amerykańska polityka zagraniczna w ostatnich siedmiu latach bywała słabo zdefiniowana, mętna, izolacjonistyczna i antagonistyczna. Dziś wydaje się być dodatkowo wewnętrznie sprzeczna.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*