Pozdrowienia z Sianożęt przesyła Chuck Norris

Mamy szczęście w tym roku w Sianożętach. Tym z Ustronia Morskiego, naszym większym i bardziej znanym sąsiadom Bałtyk figla spłatał i polskie złoto – bałtycki piasek plażowy zaczął powoli znikać, a plaże kurczyć. Obrodziło natomiast Sianożętom. Plaże jakieś szersze, morze ludzi, chmara dzieciarni i chłodne, dające wyjątkową ulgę w gorącym słońcu nasze prasłowiańskie Morze Bałtyckie. Polski raj.

 

Oj, w Szikago, nad jeziorem Michigan nie byłoby tak łatwo. Nie dość, że pilnują, byś nie wszedł głębiej niż po pas, nadto zamykają park o 23.00. Nie wniesiesz piwa na plażę, nie posiedzisz do rana i nie popływasz. W Polsce wolność, w Chicago trzymają nas mocno na uwięzi. Dla naszego dobra, oczywiście. Z drugiej strony płacimy cenę za wolność na polskich plażach. Tylko w lipcu utonęły 164 osoby. To więcej niż rok temu w lipcu (87), ale mniej niż lipiec 2010, gdy utopiło się 260 Polaków.

 

Nad polskie morze wybiera się też Chuck Norris, który dzierży nieformalny rekord świata w ilości kawałów i żartów na swój własny temat. Jak stoi w reklamie Banku Zachodniego WBK, w której wziął udział, sierpień Chuck Norris spędza nad Bałtykiem. Smażona flądra, zapiekanki, gofry z bitą śmietaną, ciemne pifko Krajan z lokalnego browaru, a nawet duża porcja Modern Talking z pobliskiego ośrodka wczasowego – na to może liczyć nasz dzielny Chuck. Byleby tylko nie wsiadał po trzech piwach na rower, albowiem spotka go przykra niespodzianka, zostanie aresztowany i skazany wyrokiem Rzeczpospolitej Polskiej. Zabiorą mu prawo jazdy na rok lub dwa, zapłaci kilka tysięcy złotych i tak jak ja, zacznie pałać zemstą do Zbigniewa Ziobry, który z wykroczenia na przestępstwo zmienił klasyfikację prawną tego czynu.

 

„Przypomnę, jaka jest definicja przestępstwa, to czyn, dzięki któremu coś szybko i łatwo się zyskuje. A co zyskuje pijany rowerzysta? Wyrok!” – komentuje Paweł Moczydłowski, w latach 1990 – 94 szef Centralnego Zarządu Zakładów Karnych w Ministerstwie Sprawiedliwości. – „Absolutnie nie można karać za tego typu „przestępczość” w ten sposób. Wymiar sprawiedliwości pracuje jak jakaś bezduszna maszyna. Mamy przeładowane więzienia, a jeszcze często młodych ludzi za tego typu przestępstwo wsadzamy do kryminału. To nie służy żadnej resocjalizacji. Trzeba też pamiętać, że poza problemem przeładowania więzień mamy problem z osobami, które czekają na wykonanie kary. To absurd! Prawdziwych przestępców nie wsadzamy do więzień, a ładujemy tam rowerzystów. Świadczy to o chorym systemie.”

 

Teraz, gdy jedziesz rowerkiem szerokim chodnikiem w wielkiej, jasnej i przestrzennej Warszawie, a nawet, gdy tylko prowadzisz rower polują na ciebie policyjne psy. Jednym tchem złość z siebie wyrzucić muszę, bo „jest pan ofiarą przepisów Ziobry” powiedział mi wprost prokurator, gdy w kajdankach, po 2 nocach w areszcie zawieziono mnie na przesłuchanie, a potem do sądu, gdzie dostałem wyrok. Wtedy obiecałem sobie, że gdy tylko spotkam Ziobrę w Chicago dam mu w pysk za moją krzywdę.

 

„Działania policji w tego typu sprawach to kpina z definicji organów ścigania. Karykatura. To w ogóle nie jest działanie społeczne. Taka policja służy władzy jak za komuny”. – P.M.

 

Nie dość, że przekroczyłem limit o pięć setnych (0.05!) nadto przecież rozsądnie zrobiłem zostawiając samochód, nieprawdaż? W innych krajach (Wielka Brytania, Irlandia, Skandynawia) chwalą taką decyzję, rower to alternatywa dla samochodu i żadnych limitów nie ma. Owszem, gdy czytam anonse policyjne w miejscowej Gazecie Kołobrzeskiej o zatrzymanych rowerzystach zdrowy rozsądek podpowiada, że 3 promile to jednak sporo, jak w przypadku 57-letniego Bogumiła G. z Grzybowa, czy zatrzymanego na ulicy Jasnej w Kołobrzegu Daniela G (lat 33, 2.3 promila alkoholu we krwi). Ale już 30-letni Krzysztof P., który wydmuchał w Gościnie 1.2 promila, w Niemczech miałby spokój, bo tam policja łapie gdy przekroczysz 1.6 promila. A w Polsce? Chodnik zrównano z jezdnią, bo to droga publiczna w myśl głupiego prawa, a limit dla rowerzysty to 0.20 – taki sam jak dla kierowcy samochodu. A są kraje w Europie, gdzie prawo stanowi, że jeśli jesteś pijany, ale dajesz radę prowadzić rower, wszystko w porządku i nic wielkiego się nie dzieje. A polskie psy gonią nawet ludzi, którzy idą prowadząc rower obok, bo tak debilnie interpretują słowa “prowadzić rower pod wpływem alkoholu”. A statystyki są przerażające – 51.000 zatrzymanych w zeszłym roku, w tym 4.500 “kolarzy”, czyli skazanych na więzienie. Roczne utrzymanie “kolarza” w więzieniu to 30.000 pln. Mnie, po zeszłorocznej przygodzie grozi, proszę sobie wyobrazić, recydywa (!) gdyby znów mnie trafili i wtedy idę na rok do więzienia. Paranoja! Nie jedna. Czytam w Głosie Wielkopolskim o tym, co przydarzyło się działkowcom z Rakoniewic. Pan Tomasz idzie pod sąd za 3 (słownie trzy!) maki, jakie znaleziono na jego działce. 3 maki samosiejki, które ściga Ustawa o Zwalczaniu Narkomanii. Zarzuty o uprawę maku niskomorfinowego usłyszało dziewięciu działkowców, w tym kilka 70-letnich starszych, nobliwych pań. Na każdej z działek znaleziono od jednego do trzech maków. Stukają się w głowę i pytają retorycznie, czy polska policja naprawdę nie ma nic lepszego do roboty?

 

Trasę Poznań (12.30) – Piła – Kołobrzeg (17.50) pokonałem pociągiem osobowym TLK (tanie linie kolejowe). Bilet wystawiony przez Przewozy Regionalne sp. z o.o, promocja letnia „Ty i raz, dwa, trzy” wychodzi mniej niż $10 za osobę i po pięciu godzinach jesteśmy na miejscu. Jechałem i czytałem namiętnie opowieść o Jerzym Waldorffie (1910 – 1999) autorstwa Mariusza Urbanka „Waldorff. Ostatni baron PRLu”. Młodsi, co nie kojarzą tego wyjątkowego jak na PRLowskie warunki oryginała, wywodzącego się ze szlachty polskiej siągającej XII wieku, niech sobie wyguglują i poczytają. W końcu Poznaniak (kamienica na ul. Grottgera 5), po prawie na UAMie. Wyobraźcie sobie, że on również wakacje spędzał z matką i babką nad morzem w Kolbergu, jak wtedy mówiono na Kołobrzeg – piękny, z prawdziwego zdarzenia port na otwartym morzu, jedyny taki nad Bałtykiem. I nagle wybuchła… I wojna światowa. Kolberg po niemieckiej stronie leżał, zatem rodzinę Preyssów (Waldorff to przybrane nazwisko) internowano z obawy o szpiegostwo na rzecz Rosji carskiej, lecz szybko zwolniono po przesłuchaniu babki i matki. Kazali do Warszawy wracać, jednak nie wprost a naokoło, przez Szwecję, Finlandię, St. Petersburg, gdzie wyjechał po rodzinę ojciec.

 

Oj, pyskatym był felietonistą i to mi się podoba. Mam nadzieję, że mnie żadna przygoda straszna jutro nie spotka i dotrę do Poznania na szóstą edycję Poznan Tzadik Festival – festiwalu, na którym spotyka się awangarda, muzyka żydowska oraz jazz. Między innymi klarnecista Wacław Zimpel, którego gościliśmy jesienią w Szikago i który znów wystąpi u nas podczas Chicago Jazz Festival 1 września 2012 r. u boku Kena Vandermarka, szefa Resonance Ensemble, gdzie na saksofonie i klarnecie basowym popyla Mikołaj Trzaska. I tam się spotkajmy. 6 wiecz., Petrillo Music Shell.

 

 

JanWiktorSoroko@gmail.com
Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*