Poza rozumem

Ameryka od środka

Mogłoby się wydawać, że sprawa miejsca narodzin obecnego prezydenta została raz na zawsze wyjaśniona i nie ma sensu się nią nadal zajmować. Błąd! Do obozu kilku zdrowo stukniętych ludzi, którzy nadal twierdzą, że Obama nie urodził się w USA i w związku z tym jest prezydentem nielegalnie, dołączył niedawno gubernator Teksasu Rick Perry, któremu marzy się przeprowadzka do Białego Domu. Wkrótce potem głos w tej sprawie zabrał szeryf z Arizony, Joe Arpaio, znany ze swoich ekscentryzmów i uganiania się po krzakach w poszukiwaniu nielegalnych imigrantów. Jego zdaniem, prezydent winien przedstawić narodowi mikrofilm z archiwum szpitala, w którym się urodził na Hawajach, bo “tylko wtedy” wszyscy wreszcie uwierzą, że Obama jest istotnie obywatelem USA.

 

Pan szeryf myli się. Obama mógłby w ciągu następnych miesięcy przedstawić mikrofilmy, zeznania świadków, potwierdzone notarialnie oświadczenia i Bóg wie, co jeszcze. Nie miałoby to jednak absolutnie żadnego znaczenia, jako że obóz tzw. “birthers” to grupa ludzi, których przekonać nikt nie jest w stanie. Najpierw chcieli skróconego aktu urodzenia, potem pełnego, a teraz domagają się mikrofilmu. Zawsze jednak pojawienie się jakiegokolwiek nowego dokumentu kwitowane jest stwierdzeniem, że to z pewnością materiały sfałszowane.

 

Jak już kiedyś w tym miejscu pisałem, prezydenta USA można usunąć z zajmowanego urzędu tylko w trojaki sposób. Po pierwsze, można go zabić. Po drugie, można skorzystać z mechanizmu “impeachment” i zmusić go do odejścia. Po trzecie, można udać się do urn w czasie następnych wyborów i głosować na kogoś innego. Pierwsza metoda wymaga kompletnego szaleństwa, które na razie jeszcze nie stało się udziałem “szukaczy” dowodu na zagraniczne narodziny Obamy. Druga metoda jest niezwykle trudna i rzadko kończy się sukcesem. Ludziom rozsądnym pozostaje zatem metoda trzecia. Natomiast nie można prezydenta “zdelegalizować” przez snucie kretyńskich opowiastek o jego podejrzanym pochodzeniu. Powracające okresowo “sensacje” o okolicznościach narodzin Obamy zawsze jak dotąd okazywały się czyimś durnym wymysłem.

 

Szeryf Arpaio, który jest zresztą podejrzany o nadużywanie władzy i przeciw któremu toczy się federalne śledztwo, stwierdził ostatnio, że zorganizował “ekipę pościgową”, czyli tzw. “posse” na modłę westernów, której zadaniem jest stosowne przeczesanie terenu na Hawajach, by wykryć “prawdę” o pochodzeniu prezydenta. Życzę mu powodzenia (choć zastanawiam się również, kto za te idiotyczne działania płaci).

 

Oczywiście zawsze możliwe jest to, że rodzina Obamy, począwszy od jego dziadka, konstruowała przez całe dekady monumentalny spisek, którego celem było sfałszowanie biografii przyszłego prezydenta, po to, by mógł on wprowadzić się do Białego Domu (bo dziadek oczywiście wiedział już wtedy, iż ktoś taki jak Obama może odnieść tak wielki polityczny sukces w dalekiej przyszłości). Jest to mniej więcej tak samo możliwe jak to, że drużyna Chicago Cubs wygra następne trzy mistrzostwa ligi MLB albo że Księżyc niespodziewanie zejdzie ze swojej orbity i przyrżnie w Detroit.

 

Dalsze opowiadanie o “podejrzanym” życiorysie Obamy znajduje się – by powiedzieć w miarę dyplomatycznie – poza wszelkim rozumem. Tez opowiadanych przez “birthers” nikt nigdy nie zdołał w żaden sposób sprawdzić lub potwierdzić, co jednak szeryfowi Arpaio i jemu podobnym zdaje się zupełnie nie przeszkadzać. Jestem jednak pewien, że ze swojej misji tropienia “prawdy” czerpią niezmierzone szczęście.

 

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*